Ale uwaga! Repertuar dobieramy sami.

Hałas da się oswoić

Nieustannie jesteśmy świadkami różnorodnych dźwięków — rozmów, trzasków, wrzasków, pisków i piosenek. Gdzieś w tym wszystkim zaplątane są jeszcze odgłosy przyrody. To sonosfera — publiczna przestrzeń dźwiękowa, w której żyjemy. Czyli, mówiąc wprost, po prostu hałas…

Mimo że dźwięk jest tak powszechny w naszym otoczeniu, nadal pozostaje niedoceniany. Traktowany jest jako dodatek. Zmysł słuchu pozostaje w cieniu. W toku ewolucji centralne przywództwo wzrokowe dosłownie zepchnęło nasze uszy na bok. Jednak pełnią one bardzo ważną funkcję — zbierają sygnały krążące wokół naszej głowy. Fale akustyczne docierają do naszej błony bębenkowej, by dalej łańcuszkiem kosteczek słuchowych przedostać się do ślimaka. W nim drgania mechaniczne zmieniane są na impulsy nerwowe, które nerwem słuchowym biegną do mózgu, by tam w płacie skroniowym wybuchnąć feerią dźwięków. Słuch informuje nas o tym, co się dzieje w naszym otoczeniu. A dzieje się wiele, szczególnie w centrach miejskich arterii. Tutaj „wiele” oznacza zwykle hałas, czyli zbyt dużo bodźców.

Najbardziej irytują nas dźwięki nowe, nieoswojone, dlatego tak bardzo złości nas nagły hałas. To przystosowawcze ostrzeżenie przed uszkodzeniem układu słuchowego. Jednak po pewnym czasie nasz mózg przyzwyczaja się do nadmiaru bodźców. Takie mózgowe przestrojenie ma zadanie ochronne, ale także sprawia, że stajemy się głusi na dźwięki, które są przewidywalne, czyli takie, których się spodziewamy. Wówczas całe tło dźwiękowe odbieramy jako jednostajny hałas.

Hałas lepszy niż cisza

Nasz mózg działa bardzo efektywnie — przyzwyczaja się do szumu i nie zwraca na niego uwagi, ale mimo to nieuświadamiany hałas męczy go i, co gorsza, niszczy. Miejski gwar wwierca się w naszą przestrzeń prywatną, zaczepia ze wszystkich stron. Potrafi niezwykle irytować. Stajemy się rozdrażnieni i podenerwowani. Nie możemy skupić się na wykonywanym zadaniu, a często po prostu… pęka nam głowa. Zatem jak sobie poradzić, skoro dziś hałas jest wszędzie?

Pewnie pierwsze, co większości z was przyszło na myśl, to drugi biegun, czyli cisza. Ale przecież nawet gdy naszym uszom zablokujemy dostęp bodźców słuchowych, słyszymy swoje tętno, oddech czy drapanie w głowę… Taka „cisza” też bywa drażniąca. Naukowcy przypuszczają nawet, że w ciszy absolutnej (jeśli udałoby się taką wytworzyć) człowiek oszalałby od odgłosu wody kapiącej na jego czaszkę. Lepiej coś słyszeć. Muzyka w słuchawkach, tak popularne rozwiązanie, też nie jest zdrowa dla naszego układu słuchowego. Więc jeśli spacer, to bez słuchawek. Ale tutaj poziom hałasu miejskiego wynosi średnio 80–90 decybeli, podczas gdy według Światowej Organizacji Zdrowia powinno być to 55 dB w dzień i 45 dB nocą.

Hałas — mądrze go wykorzystaj!

Niektóre miasta starają się nam nieco pomóc, tworząc mapy hałasu, które pozwalają uniknąć miejsc wyjątkowo silnie przeciążonych. Ale to tylko środek prewencyjny — zapobiega skutkom, nie likwidując przyczyn. Prawda jest taka, że jeśli nie wyprowadzimy się w zaciszne miejsce, hałas miejski będzie nam towarzyszył zawsze. Skoro nie możemy od niego zupełnie uciec, najlepiej jest go… wykorzystać. John Cage — amerykański kompozytor muzyki współczesnej — nie potrzebował kupować płyt, wystarczyło mu, że otworzył okno przy Szóstej Alei w Nowym Jorku, a wtedy pejzaż dźwiękowy (brzmi lepiej niż hałas, prawda?) stawał przed nim otworem. Naprawdę dobrze jest nauczyć się czerpać z tego, co słyszymy za oknem. Wychwytując dźwięki z akustycznej otchłani, stosujemy alternatywną technikę psychicznej samoobrony przed dźwiękowym nadmiarem. Taka pozorna zabawa w wyłapywanie dźwięków to porządne ćwiczenie dla mózgu — sposób na koncentrację. Wydaje się, że zmysł słuchu nie jest selektywny i nie możemy decydować o tym, które bodźce słuchowe przyjmujemy. W rzeczywistości mózg potrafi odruchowo wychwytywać pojedyncze ważne dla nas dźwięki spośród ogromu innych. To tzw. efekt cocktail party. Możemy celowo stosować go na co dzień, podczas akustycznego spaceru. Mózg, skupiając się na tym, czego słucha, nie zwraca już uwagi na pozostałe współdźwięki. Bernie Krauze — amerykański muzyk i przyrodnik — poleca field recording, czyli nagrywanie dźwięków. Ale uwaga! Repertuar dobieramy sami. To nie tylko tworzenie własnej kolekcji, ale przy okazji inne spojrzenie na środowisko — z bliska. W ten sposób możemy stać się twórcami własnej kultury słuchania.

A wszystko dlatego, że to, co słyszymy, jest kwestią odbioru — budowaniem przez nasz umysł indywidualnej konstelacji dźwięków. Tylko pamiętajmy, nie dajmy zagłuszyć się nadmiarem, bo od nadmiaru boli głowa!


Tekst stworzony dla portalu hellozdrowie.pl /opublikowany: wtorek, 10 września 2013/

Originally published at www.marta-witkowska.pl.

One clap, two clap, three clap, forty?

By clapping more or less, you can signal to us which stories really stand out.