Historia wygrania z czekoladą i innymi złymi nawykami

Witam wszystkich. Nazywam się Arek i od kilku miesięcy nie jem słodyczy w ilościach przemysłowych.

moją zmorą od niepamiętnych czasów, była walka ze słodyczami

Może zabrzmi to śmiesznie, ale moją zmorą od niepamiętnych czasów, była walka ze słodyczami. Czułem się trochę jak Dr. Jackyl i Mr. Hyde. Na co dzień spokojny, opanowany, nieulegający emocjom ani pokusom. Niby wszystko dobrze, ale kiedy tylko wyczułem cukier w formie innej niż “w kostkach”, wracałem mentalnie do etapu 5-letniego dziecka. Zero kontroli. Niby dyskretnie, ale z wielkim uporem czyściłem koleje paczki wszelkiego rodzaju słodkości. Sam nie wiem, jak to się stało, że udało mi się utrzymać w rozsądnej normie moją wagę.

Oczywiście dosyć szybko “rozsądny ja” przejął kontrolę nad portfelem. Mr Hydekolada został odcięty od źródła nałogu i moja linia obrony sprowadzała się do prostego założenia, że jeżeli nie ma w domu słodkiego, to nie jemy słodkiego. Skuteczność była całkiem niezła. Na etapie zakupów kontrola nad słodkim była z reguły wystarczająca, aby nie wrzucić do koszyka kolejnej paczki ciastek.

Perpetuum mobile

Problem powrócił dyskretnie po ślubie. Moja najwspanialsza żona na świecie, jest osobą o mistrzowskich umiejętnościach społecznych. Uwielbia przyjmować, gości, a kiedy to robi, to zawsze chce mieć czym ich ugościć. Poza tym również lubi czekoladę (przypadek?). To wygenerowało, pewne błędne koło. Moja żona chciała mieć zawsze w domu coś słodkiego na wypadek wizyty gości, ja chciałem zjeść każdą ilość “słodkiego”, jaka pojawiła się w domu. Perpetuum mobile.

“Postępujący ekstremizm”

Walka była długa i nierówna, ale w końcu pojawiło się rozwiązanie, Jak zawsze przekazał mi je człowiek mądrzejszy ode mnie. Tym razem był to Nir Eyal. Nir jest autorem wielu artykułów i książek z pogranicza budowania nawyków i tworzenia produktów, w których klienci się zakochują. Poznałem go, kiedy był gościem Toma Bilyeu (Tom prowadzi wspaniały podcast Inside Quest).

Nir opowiedział o metodzie, którą nazwał “postępujący ekstremizm”. Metoda ta, jak każda metoda, która działa, jest bardzo prosta. Punktem wyjścia jest stwierdzenie, że diety są bez sensu. Większość diet to programy o ograniczonym czasie, które wywracają nasz świat do góry nogami. Powoduje to często to, że ostatnie dni diety są odliczaniem czasu, do momentu, kiedy będziemy mogli nagrodzić się za ciężką pracę i wytrwałość i wrócić do swoich nawyków. “Postępujący ekstremizm” to podejście odwrotne (Nir opisał metodę na swoim blogu). Zamiast robić dużą zmianę na krótki czas, zrób małą zmianę, ale do końca życia. Działa to trochę jak bycie wegetarianinem. Wegetarianie nie muszą za każdym razem podejmować decyzji: zamówić kotleta czy sałatkę? Jeżeli jesteś wegetarianinem, to nie jesz mięsa. Kropka. Zdefiniowanie siebie jako wegetarianina, sprawia, że zamiast podejmować decyzję za każdym razem, kiedy pojawi się pokusa, podejmujesz ją raz, a potem tylko trzymasz się tego, kim jesteś. Tyle w kwestii czasu, teraz skala. Postępujący ekstremizm zakłada, że wprowadzasz małe zmiany, ale z założeniem, że są to zmiany do końca życia, dlatego zamiast pełnowymiarowej diety, wystarczy na początek coś małego. Ja zdecydowałem, że na początek, nie będę jadł czekolady. Oczywiście nie we wszystkich formach. Punktem startowym była czekolada w tabliczce. Od tego momentu powtarzałem sobie i najbliższym, że jestem człowiekiem, który nie je czekolady. Ponieważ nie jadałem jej aż tak często, to szybko okazało się, że metoda działa. Tak, mam świadomość, że wyzwanie nie było duże, ale właśnie o to chodziło. Chodzi o to, żeby poprzeczka, która na początku jest postawiona dosyć nisko, pozwalała napawać się zwycięstwem, które nic nie kosztuje. Z czasem, kiedy wiara we własne siły staje się coraz większa, można delikatnie zwiększać skalę trudności.

Oczywiście, tak jak z każdą zmianą, którą chcemy wprowadzić w swoje życie, należy pamiętać, że “kontrola jest podstawą zaufania”. Szybko, do mojego zestawu pytań, którymi weryfikuję swoje zachowanie każdego dnia, dodałem pytanie o zwycięstwo nad słodyczami. Świadomość, że wieczorem będę musiał złożyć raport ze swojej walki, także w tym przypadku pomogła w boju z wrogiem.

po wielkich zwycięstwach przyszła klęska

Żeby jednak nie było aż tak różowo, muszę przyznać, że po wielkich zwycięstwach przyszła klęska. Nie chodzi o to, że się złamałem. Moim zdaniem, jest to naturalna część procesu zmian (tak, długo, jak dajesz z siebie wszystko i jesteś gotowy, aby wstać, upadanie nie jest niczym haniebnym). Mój upadek spowodowany był klasyczną pychą. Po kilku małych zwycięstwach poszedłem na całość i podniosłem poprzeczkę do maksimum: zero słodkiego. Oczywiście teoria mówiła, że to nie może się udać i ja ją dobitnie potwierdziłem. Z podkulonym ogonem, bogatszy o kolejne doświadczenie, wróciłem do metody małych kroków.

Zabawa jest prosta, a potencjał drzemie w niej wielki

Moja lista produktów, których nie zamierzam jeść do końca życia, przyjemnie się wydłuża. Dodatkowo, po przetestowaniu metody na słodyczach, wdrażam ją w innych dziedzinach życia. Staram się być nie tylko człowiekiem, który nie je czekolady, ale także człowiekiem, który nie marnuje czasu przed telewizorem, nie ocenia pochopnie ludzi i ostatnio doszła nowa myśl: człowiekiem, który się uśmiecha. Jak zawsze, skoro u mnie zadziałało, to może zadziała też u Ciebie. Zabawa jest prosta, a potencjał drzemie w niej wielki. Ja korzystam z niej tam, gdzie mam największy problem z siłą woli i donoszę, że testy wypadają bardzo pozytywnie. Jeżeli też szukasz sposobu na walkę ze złymi nawykami (niekoniecznie żywieniowymi), to może właśnie to będzie droga, która doprowadzi Cię do zwycięstwa.