Jak zarabiać na pisaniu



WCIĄŻ MNIE PYTAJĄ, JAK ZACZĘŁAM „ZARABIAĆ” PISANIEM.


To znaczy tak, żeby mi za to oferowano pieniądze i żebym mogła płacić rachunki i kupować jedzenie. Gdybym chciała być źródłem inspiracji i otuchy, mogłabym powiedzieć, puszczając oko: „Dużo ciężkiej pracy i odrobina szczęścia!” — ale to olewam.

Zostałam Pisarką pisząc jak szalona, zapełniając notesy i serwetki, a kiedy było to koniecznie, nawet skórę na ręce. Włożyłam mnóstwo czasu, energii i hartu ducha, żeby zawodowo zajmować się wszystkim, byle nie pisaniem. Bezlitośnie się z siebie nabijałam i potępiałam za wiarę, że mogłabym się utrzymać z czegoś, co lubię, bo szczęście to luksus, na który nie można sobie pozwolić.

PYTAJĄ, CO CZYTAM


Czytam słowa, twarze i język ciała. Czytam książki, o napisaniu których mogę tylko pomarzyć. Czytam zarówno książki jak i bełkot, który pisałam w gimnazjum. Czytam fanfiction. Komiksy. Scenariusze. Czasopisma. Małe wkładki w programach, kiedy idę do teatru. Etykietki na odwrotnej stronie moich szamponów. Czytam książki po dwa razy. Po trzy razy. Rocznie. Czytam pierwsze zdania książek, odkładam je na półkę i nigdy więcej nie biorę ich do ręki.

Pytają mnie, jak zacząć dostawać pieniądze za pisanie.

Trzeba wysyłać dużo e-maili. Dużo czytać. Oczywiście pisać, ale szczerze mówiąc, to nie nad tym spędza się większość czasu. Wchodzisz na Twittera. Czytasz rzeczy, które sam chciałbyś napisać. Czytasz rzeczy, pod którymi nigdy nie chciałbyś się podpisać. Czytasz opakowania płatków śniadaniowych.

Redaktorzy zadają ci pytania, mówią ci, jak masz dla nich pisać. Dla ich odbiorców. Zastanawiasz się, co to znaczy: odbiorcy. Zaczynasz rozumieć różnicę pomiędzy byciem czytanym, a byciem słyszanym. Pijesz kawę.

Twoje pisanie zaczyna istnieć na dwóch różnych polach: na jednym piszesz to, co ma się zamienić w pieniądze, a na drugim coś, żeby szajs, który piszesz za pieniądze, był lepszy. Niektóre z twoich najlepszych prac leżą w szufladzie, gdy w cyberprzestrzeń wysyłane są teksty o dupie Maryni, chwytliwe nagłówki i teksty reklam, które wracają bumerangiem banknotów na twoje konto bankowe. Albo, co bardziej prawdopodobne, na PayPala.

Słuchasz smutnej muzyki indie, wpatrując się w migający kursor i zastanawiasz się, czy to właśnie oznacza „sprzedawać się” — ale wtedy prychasz, zabierasz się do roboty, nalewasz kolejną filiżankę kawy. Przestajesz się tym zamartwiać, bo przecież właśnie piszesz, płacisz za czynsz i nie masz czasu debatować na temat filozoficznych aspektów tej rzeczywistości.

Dużo spacerujesz. Jeśli masz psa, często spacerujesz i zatrzymujesz się na środku chodnika i zastanawiasz się, jakby tu wyglądać cool, trzymając w ręce torbę z kupą. Jeśli mieszkasz sam, pytasz swojego psa, co sądzi na temat przecinków oksfordzkich.

Stoisz w przypływie natchnienia na środku chodnika, przepełnia cię poczucie spokoju, którego nigdy nie miewasz przy biurku, kiedy zagaduje cię uprawiająca jogging staruszka, która pyta, czy wiesz, że w starej skrzynce na listy schowane są łakocie dla psów. Pokazuje ci je. Twój pies szaleje ze szczęścia, bo szczęście jest znacznie prostsze do osiągnięcia, kiedy się ma cztery łapy. Patrzysz, jak babcia znika w oddali kiwając ci ręką i nagle zdajesz sobie sprawę, że może nie mieszkasz w mieście, w którym pisarze spotykają się na piwo i dyskusją o przecinkach oksfordzkich, ale możesz z tym żyć. Bo może nie jesteś częścią Okrągłego Stołu Algonquin, ale za to należysz do Tajnego Klubu Ciastek dla Psów, a twój pies jest szczęśliwy. Odnajdujesz coś pięknego w każdym dniu i właśnie to robi z ciebie pisarza.

I tak zaczynasz nareszcie dostawać prywatne wiadomości na Twitterze. Dostajesz e-maile od osób, których nigdy nie spotkałeś, a które czują, jakby cię znały. Ludzie zaczynają chcieć dawać ci pieniądze, żebyś mówił rzeczy, które i tak byś powiedział, bo nie umiesz cicho siedzieć.

To po prostu któregoś dnia się zdarza.


Budzisz się, przewracasz na bok, sprawdzasz swoje konta na portalach społecznościowych. Odpowiadaj ludziom, którzy są ci wdzięczni za gotowość do bycia szczerym na temat wszystkiego, co ci leży na sercu i sprawia, że krwawisz rwanymi zdaniami. Bo będziesz to robić. Odpowiesz na każdego tweeta, na każdy komentarz, na każdy e-mail. Będziesz wykończony, ale to zrobisz, bo nigdy nie weźmiesz tych ludzi za pewnik. Bo byłeś nimi, gdy cię czytali i czuli się ważni. Nadal nimi jesteś, gdy desperacko czytasz, szukając w cudzych tekstach tego, czego sam nie potrafisz jeszcze napisać.

Nadal spędzasz większość czasu na pisaniu tego, co ci pozwoli zapłacić rachunki. To się nazywa harówka. Orka na ugorze. Piszesz teksty do reklam. Wiadomości. Streszczenia. Blogi. Sponsorowane raporty. Prezentacje w Power Poincie. Odwalasz pracę głupiego, która innym nie sprawia najmniejszej frajdy, ale tobie — tak, nawet jeśli nią gardzisz.

Bo kochasz słowa i czujesz się wśród nich dobrze, swojsko.

I tak zaczynasz sobie zdawać sprawę, że z każdym projektem, każdym wpisem na blogu, każdym artykułem technicznym, każdym esejem — za każdym razem, gdy zapisujesz słowa i pozwalasz im płynąć — stajesz się coraz lepszy. Pieniądze przychodzą nieregularnie. Masz okresy głodu i okresy obfitości i musisz być na to przygotowany.

Musisz umieć żyć ze świadomością, że jesteś swoim całym biurem — swoją osobistą sekretarką, księgową, praktykantem do podawania kawy, swoim osobistym szefem, swoim osobistym wszystkim. Bo przez przynajmniej najbliższych kilka lat nie będziesz mógł sobie pozwolić na opłacenie kogoś, kto by to za ciebie robił. I też nie powinieneś. Bo musisz wiedzieć, ile jesteś wart i oczekiwać, że będziesz adekwatnie opłacany.

Po jakimś czasie powinieneś nauczyć się włączać w projekty i przyjmować zlecenia, oczekując zapłaty i być gotów odejść, jeśli jej nie dostaniesz.

Powinieneś być gotów negocjować stawki, wynagrodzenie i świadczenia. Powinieneś wiedzieć, ile musisz zarobić i jak prosić o więcej. Powinieneś być przekonany, że na to zasługujesz.

Więc to, co mogłabym wszystkim powiedzieć na temat pisania dla pieniędzy, o pisaniu jako zajęciu, a nawet — jako zawodzie, to:

JEŚLI NIE WIERZYSZ, ŻE JESTEŚ PISARZEM, JEŚLI NIE WIERZYSZ, ŻE ZASŁUGUJESZ NA TO, ŻEBY BYĆ WYNAGRADZANYM ZA SWOJĄ PRACĘ, TO NIE BĘDZIESZ DOSTAWAĆ PIENIĘDZY ZA PISANIE.


Nie możesz wymagać od innych, żeby uwierzyli, że jesteś Pisarzem, dopóki sam w to nie uwierzysz. I nie mam pojęcia, jak ty do tego dojdziesz — jedyne, co wiem, to że teraz, kiedy mnie pytają, czym się zajmuję, odpowiadam: Jestem pisarką, mówię to bez wahania, z przekonaniem (ale nie zarozumiałością), i że w to wierzę.

Aha, jeszcze jedno. Wzięłam sobie do serca poradę mojego psa w sprawie przecinków oksfordzkich.


Obserwuj Medium Polska na Twitterze i Facebooku