Jak uratowała mnie moja praca
Moja walka z utratą bliskiej osoby, tożsamości i próba znalezienia nowego celu w życiu.
„Zero łez dla pisarza — zero łez dla czytelnika.” — Robert Frost
Zanim zaczniesz przewracać oczami z powodu idealistycznego charakteru tego tytułu, wiedz jedno – nie jestem jednym z tych ludzi, którzy rezygnują z obiadu, żeby zostać w biurze do 21:30. Nie jestem tym, który nie potrafi się zamknąć na temat swojej pracy pomiędzy łykami Guinessa podczas piątkowego happy hour.
Czy kocham swoją pracę? Oczywiście. Nie tylko ona jest bardzo satysfakcjonująca, ale i wiara w to co robię, i co najważniejsze, w ludzi z którymi pracuję.
Ale uwielbiam również siedzieć w nogami z piasku i kończyć dzień z oparzeniem od słońca. Kocham znajdować beznadziejne horrory na Netflixie i śmiać się z ich bezsensowności. Kocham dzielić się sześciopakiem z moim bliskim znajomym z tyłu na werandzie w rytmie gitary Duane Allmana, która wypełnia ciszę pomiędzy kolejnymi wybuchami śmiechu.
Innymi słowy, jestem taki jak Ty. I tak się zaczyna ta historia.
Amanda odeszła we wtorek.
Wracałem z pracy do domu gdy dostałem SMS-a od jej mamy.
„John, przyjedź jak najszybciej.”
Nie rozumiejąc nagłego pośpiechu zmieniłem kierunek i ruszyłem do do ich dwupiętrowego domu, postawionego po przekątnej w rogu, jakby po to, by mieć oko na przechodniów w imieniu całego sąsiedztwa. Jeździłem tą drogą przez pięć lat, więc w tym dniu nie czułem się inaczej, poza tym, że nie zostałem przywitany przyjaznymi dowcipami, do których się przyzwyczailiśmy, lecz bladymi twarzami proszącymi, żebym usiadł. Odmówiłem.
Padał śnieg. Był wypadek. Amanda nie przeżyła.
Moja Amanda. Dziewczyna, którą miałem poślubić, z którą miałem się zestarzeć i stale powtarzać historię naszej pierwszej rozmowy, „hej, skąd masz to ciastko?”.
Dziewczyna, która, wbrew mojej woli, nauczyła mnie jak zaakceptować stratę. Dziewczyna, która nauczyła mnie co znaczy bezwarunkowa miłość. Że można kochać kogoś bardziej niż samego siebie. Moja najlepsza przyjaciółka.
Odeszła. Tak po prostu. I pod wieloma względami, również ja. Nagle proste czynności, które codziennie wykonujemy – jedzenie, spanie, ubieranie się, golenie – stały się nieznośnymi przedsięwzięciami.
Nie wracałem do pracy przez trzy tygodnie. Prawdę mówiąc, nie robiłem wiele przez trzy tygodnie poza egzystowaniem. Odciąłem się od wszystkich, nawet od mojej rodziny. Przeżyłem zbyt wiele nieprzespanych nocy, boleśnie samotnych dni i zbyt wiele pytań od tych, którzy to zaobserwowali.
Pewnego dnia zadzwonił mój szef. Powinienem wyjaśnić, to nie tylko szef. Bob Ruffolo przeprowadził się do mojego sąsiedztwa z Long Island gdy ja miałem ze 4 lata. Byliśmy dobrymi przyjaciółmi. Codziennie graliśmy w koszykówkę, często wdając się w przepychanki spowodowane sporami o uznanie faulu. Zasady ulicznej koszykówki były nieubłagalne, nawet dla kogoś w okresie dorastania.
Bob był również w bliskich kontaktach z Amandą. Jego również to uderzyło.
Zadzwonił po dwóch i pół tygodniach od śmierci Amandy. Nie widziałem go od pogrzebu, a jak mówiłem, byłem wtedy raczej samotnikiem. Gdy zadzwonił telefon, leżałem w łóżku.
„Myślałeś, żeby wrócić do pracy? Ludzie się o ciebie pytają”, powiedział.
Przyznaję, że to mnie wtedy rozzłościło.
Do pracy?! Chcesz żebym teraz myślał o pracy?
Patrząc wstecz, myślę, że Bob zobaczył coś czego ja nie potrafiłem wtedy dostrzec: potrzebowałem celu. Przez trzy tygodnie siedziałem i rozmyślałem w samotności. Kim jestem? Co powinienem robić? Jak wygląda moja przyszłość?
Nie ma jednej instrukcji żałoby, szczególnie dla tych, którzy doświadczają jej młodo. Jedyne co wiedziałem po tych trzech tygodniach to to, że muszę pozostać w ruchu. Muszę coś robić. Wróciłem do pracy 8 kwietnia 2013 r., 20 dni po odejściu Amandy.
Było dużo uścisków, łez, i ku mojemu zdziwieniu, nawet kilka uśmiechów. Stała się wtedy zabawna rzecz, poczułem, że w jakimś stopniu mam cel. Ludziom brakowało mnie. Niektórzy nawet mnie potrzebowali. Praca mnie potrzebowała. Miałem rolę do odegrania w tym wszystkim.
Tego dnia zdałem sobie sprawę z czegoś ważnego.
Praca jest błaha. Nasz zawód nawet może być błahy. Jednak to ludzie z którymi przebywamy każdego dnia z powodu naszej pracy są naprawdę istotni.
Mówiąc inaczej, praca młotka jest banalna, tak samo jak praca rzemieślnika. A co z kredensem, który on zbudował? Ten dla czyjejś córki? Ten, który z czasem zostanie odziedziczony przez jej córkę jako pamiątka rodzinna?
To jest bezcenne. To tu wszyscy znajdujemy cel.
Czasami to nie jest proste. Niektórzy z nas patrzą na naszą pracę jak na zarobek. Jak na odskocznię. Inni nie cierpią swojej pracy.
Może nawet Ty nie lubisz swojej pracy.
Poszukaj uśmiechu pojawiającego się z powodu pracy, którą wykonujesz. Być może będziesz musiał oderwać wiele warstw, aby go znaleźć, lecz na pewno on gdzieś jest. Obiecuję.
Dostrzeż go i ekscytuj się nim. Tym co Ty zmieniasz.
Tak właśnie zrobiłem. Utrata bliskiej osoby na swój sposób pozbawia twojego życia banału, i ostatecznie, gdy wróciłem do biura moja praca była taka sama, lecz mój pogląd na nią był inny. Zawsze lubiłem swoją pracę, ale dopiero teraz widzę, jak jest ważna. Tu nie chodzi o mnie, tu chodzi o ludzi, którym pomagam. Tu chodzi o znalezienie tych uśmiechów.
Nie udaję, że jestem wyleczony, bo nie jestem. Nie jestem nawet pewny, że w ten sposób zostanę wyleczony. Nie twierdzę, że praca pozwala wyjść z żałoby, ponieważ tak nie jest.
Ale ruch na to pozwala. Znalezienie celu. Kontynuuję swoją podróż. Idę dalej. Znalazłem sposoby na bycie pozytywnym, aktywnym i ciężko pracującym. Co najważniejsze, znalazłem sposób, aby żyć. Z celem.
Jeśli chcesz wspomóc Fundusz Stypendialny im. Amandy K. Cartier, który wspomaga absolwentów szkół średnich łączących swoją przyszłość z matematyką, nauką, inżynierią i naukami humanistycznymi, dokonaj wpłaty tutaj. Liczy się każdy dolar.