Jak w trzy dni stworzyć coś wyjątkowego? Wywiad z Weroniką Uziak

Gdański Festiwal „Podaj Wiosło” to coroczne święto impro. To kilka dni niesamowitej zabawy, inspiracji i integracji całego środowiska. Nie byłoby go, gdyby nie ona — przed wami Weronika Uziak.

Chciałem zapytać o „Wiosło”, ale zacznijmy od podstaw — czym jest impro?

Impro to improwizacje teatralno-kabaretowe, w których to, co dzieje się na scenie, powstaje na oczach i często przy udziale widzów. Niesamowite jest to, że poprzez możliwość rzucania sugestii, wpływanie na akcję na scenie, inaczej odczuwa się bycie na widowni — może można to nazwać współuczestnictwem? No i świadomość, że to, co się dzieje, już nigdy się nie powtórzy… Moje długie wywody na temat impro zazwyczaj kończy — najlepiej przyjdź i zobacz.

A skąd impro w Twoim życiu?

Impro poznałam w Wybrzeżaku, początkowo sekcji edukacyjnej Teatru Wybrzeże, później Stowarzyszeniu Teatralno — Edukacyjnym. Uczęszczaliśmy na warsztaty, graliśmy w spektaklach, mogliśmy samodzielnie tworzyć… Myślę, że nie to było najważniejsze. Wybrzeżak był wspaniałym miejscem, przestrzenią do twórczego pożytkowania nadmiaru energii. Był energią przepływającą pomiędzy ludźmi. Niesamowite uczucie: nie istotne było to, skąd się pochodzi, jakie się ma poglądy — ważne, że wspólnie tworzyliśmy. Pracowaliśmy dużo dramowo, improwizacyjnie, pewnie z elementami teatru forum.

Jak trafiłaś do Wybrzeżaka?

Gdy miałam 13 lat — czyli była to faza niespokojnej nastolatki — trafiłam na warsztaty do Wybrzeżaka. Pamiętam wprowadzenie ówczesnego szefa, motoru napędowego Wybrzeżaka — Adama Jagiełło-Rusiłowskiego. Nie zrozumiałam wiele z tego, co mówił wtedy, ale poprzez dalsze działanie widziałam to, o czym opowiadał. A najbardziej: jesteśmy tu dla siebie, by być twórczymi. Myślę, że tam nauczyłam się bardzo dużego szacunku do innych, ale też do siebie samej. Poznałam radość z poznawania siebie i innych. I ten moment, gdy to, co robisz, czego się nauczyłaś, wywołuje aplauz.

Wracając zaś do impro — skąd wzięło się w Wybrzeżaku?

Przybyło do nas ze Stanów Zjednoczonych, dzięki współpracy z Uniwersytetem Północnego Iowa. Był taki mecz między Wybrzeżakami a grupą studentów, którzy stamtąd przyjechali, w styczniu 2003r. Gdy pisałam pracę magisterską, odszukałam notki prasowe z tego wydarzenia — totalnie nie wiedzieliśmy, że to impro, ani czym jest impro! Drugim plusem współpracy było to, że Wybrzeżaki mieli możliwość studiowania przez rok na tamtej uczelni. Magda Bochan (obecnie Bochan-Jachimek) przywiozła książkę Violi Spolin Improvisation for the theater. Szymon Jachimek w 2004r., po powrocie, zaczął prowadzić warsztat impro, który w 2007r. przejęła Małgorzata Różalska. Natomiast Wojtek Tremiszewski, po powrocie ze Stanów, w styczniu 2006r., skrzyknął Wybrzeżaków, by trenować impro… Myślę, że na tym też polegała specyfika wprowadzania impro w Gdańsku, która była jedną z metod pracy uwalniającej kreatywność, pobudzającej twórczość. Myśmy nie znali wtedy Whose Line is it Anyway?.

Tutaj działo się impro, a Ty studiowałaś poza Gdańskiem…

Ale byliśmy w kontakcie. I to nie tylko, gdy mieszkałam w Warszawie, ale też w Berlinie… Słyszałam o rozpadzie Wybrzeżaka. Słyszałam o tym, że Wojtek z częścią Wybrzeżaków trenuje impro i występuje z impro. Później dowiedziałam się, że Wojtek powołał do istnienia grupę W Gorącej Wodzie Kompani. Gdy mój początkowy temat pracy magisterskiej nie wypalił -chciałam napisać o Festiwalu Kabaretów i Teatrów Studenckich „Wyjście z cienia”, — szukając tematu pomyślałam o nich.

Jak rozumiem — byłaś jedną z pierwszych pisząc na ten temat? Łatwo nie było…

To była walka o znalezienie promotora, z materiałami. Z obecną wiedzą patrzę wstecz i myślę: naprawdę się na to porwałam? Zaczynając pisać nie znałam Keitha Johnstona, nie miałam pojęcia, że jest coś takiego jak Whose Line. Na szczęście w swojej pracy skupiałam się na działaniu Kompanów, rys historyczny czy sytuacja w Polsce były tylko wprowadzeniem. Może tym się bronię choć trochę. W każdym razie starałam się zrobić to jak najrzetelniej, też poprzez ankiety wśród widzów czy długie nagrania rozmów z Kompanami. No i dużo się dowiedziałam podczas pisania tej pracy.

Teoretyk impro — dobrze trafiłem. To teraz pójdźmy dalej: czym jest „Podaj Wiosło”?

„Podaj Wiosło” jest świętem Impro, zarówno dla improwizatorów jak i widzów. Jest to też świetny moment na przyjście i zapoznanie się z Impro, gdyż staramy się zapraszać najlepsze grupy impro z Polski. Sądzę, że na Wiośle można poznać i posmakować różnych odcieni impro — i tych kabaretowych i tych bardziej teatralnych.

I tu na marginesie — Wiosło obecnie ma dwa znaczenia. Odnosi się bezpośrednio do Festiwalu „Podaj Wiosło”, ale też jest takim parasolem skupiającym inne działania przez nas robione. W kwietniu odbył się I Ogólnopolski Przegląd Impro dla Dzieci „Wiosełko”. To Wiosło dla najmłodszych. Merytorycznie i artystycznie ogarnia je Gosia Tremiszewska, która — poza tym, że jest świetną improwizatorką — ma niesamowitą wrażliwość na formy dla dzieci. W październiku odbędzie się II Festiwal Trójmiejskich Improwizatorów „Podaj Pagaj”, czyli Trójmiejskie Wiosło. W drugiej połowie roku odbędzie się po raz drugi cykl warsztatów na pograniczu impro i psychologii w prowadzeniu Ewy Czernowicz. Każde z tych działań wynika z potrzeb środowiskowych, które dostrzegamy.

Skąd pomysł na taki festiwal?

Hasło „festiwal” pojawiło się w mojej głowie podczas pisania pracy magisterskiej. Gdy robiłam research na temat tego, co dzieje się w Polsce — w 2010r., gdy się broniłam, było 7 grup, o których można było znaleźć informacje w internecie — bardzo zdziwiłam się, że nie ma prób integracji środowiska. Pierwszy raz powiedziałam o tym pomyśle po obronie pracy magisterskiej, gdy profesorowie zapytali mnie „co dalej zamierzam robić w życiu”. Powiedziałam, że nie mam pojęcia, że wracam do Gdańska i w ogóle fajnie by było, by powstał festiwal impro. Po raz drugi powiedziałam o tym Wojtkowi Tremiszewskiemu. Do dziś nie potrafię zrozumieć tego, że mi zaufał. To nie jest tak, że chciałam zrobić festiwal. Widziałam, że jest to potrzebne działanie, że w Gdańsku mamy zaplecze super improwizatorów, na których występy przychodziło bardzo wielu widzów. I dziwiłam się bardzo, że nikt inny tego nie zaproponował..

I tak usiedliście razem i zrobiliście festiwal?

Jeżeli dobrze pamiętam, na moje pytanie: „czemu nie zrobić festiwalu?”, Wojtek spytał: „jak to widzisz?”. Zgodziliśmy się wtedy, że chcemy, aby było to święto impro. Że nie będzie miało formy konkursowej, tylko przeglądową. Rozmawialiśmy o tym, na jakim festiwalu chcielibyśmy być. Po naszej rozmowie z Wojtkiem dostałam pracę etatową i wycofałam się. Wróciłam do rozmowy po ponad pół roku. Już wtedy zmienił się trochę świat — w drugiej połowie 2011 roku odbyły się dwa festiwale: w Konstancinie-Jeziornej grupy Ab Ovo i Krakowie grupy Ad Hoc. Ale się zorganizowaliśmy. W marcu 2012 zainaugurowaliśmy I Podaj Wiosło. Ta półroczna przerwa to był chyba jedyny poważny kryzys . (śmiech)

Jedyny? W całej historii festiwalu?

Jak w każdym działaniu, pojawiają się niespodzianki, nowe wyzwania, nieprzewidziane okoliczności, które wolę określać mianem sytuacji do rozwiązania niż kryzysu czy problemów.

Wróćmy do organizowania pierwszego festiwalu. Usiedliście z Wojtkiem Tremiszewskim po raz drugi…

Zastanawiam się, czy mogę aż tak zakulisowo o tym opowiedzieć. Po tym ponad pół roku napisałam smsa do Wojtka. Przeprosiłam za wcześniejsze wycofanie, zapytałam o chęć ponownego spróbowania. Tylko, że smsa zakończyłam zdaniem w stylu: „jeśli chcemy starać się o dofinansowanie z miasta, mamy trzy dni”. Nerwowo przegryzałam wargę do momentu, gdy po chwili Wojtek odpisał, że wchodzi w to. Więc nie mieliśmy czasu na to, aby usiąść i porozmawiać. To były trzy dni ustaleń telefonicznych i mailowych. Skonstruowania „Podaj Wiosła”, bo wtedy też dopiero nadaliśmy nazwę. Musieliśmy też posiadać konkretne ustalenia: datę, miejsca, listy intencyjne, etc, etc. Włączając w to zdobywanie rekomendacji — istne szaleństwo zakończone napisaniem wniosku.

Wiem, nie tylko dzięki tej rozmowie, że wkładasz w „Wiosło” masę energii i czasu. Co z tego wszystkiego ma osobiście ta Weronika, która zmienia świat?

Zdradzę teraz jeden z moich najbardziej wstydliwych sekretów. Publicznie. Mam taką właściwość organizmu i oczodołów, że wzruszam się dość łatwo, a najbardziej — gdy ktoś jest szczęśliwy. Gdy zadzieje się mega pięknie na scenie — wzruszenie. Udany występ — wzruszenie. Rozmowy od serca — wzruszenie. Ktoś mi powie, że coś dla siebie odkrył — wzruszenie. I corocznie to dostaję, i kumuluje się to również na koniec festiwalu — gdy po Grand Finale Wojtek woła nas na scenę, gdy sobie dziękujemy w kuluarach, gdy się żegnamy „do następnego razu” ze świadomością, że już po, że teraz powrót do codzienności, coroczna depresja „po”. Wzruszenie. Czasem myślę, że może robię to dla tego wzruszenia? Bo czy można dać człowiekowi coś więcej, niż to, by był szczęśliwy?

W końcu czy nie od tego są święta?