Jedna z największych współczesnych sztuk

Późny wieczór ma barwę spokoju i atmosferę bezpieczeństwa. Nikt nie dzwoni. Nie pyta. Nie ciśnie. Nie ma presji, a nawet jeśli jest to ta subtelna, prawie niezauważalna. Wieczorem najłatwiej ją odsunąć na dalszy plan. Zapomnieć. To jest stan pozornego bezpieczeństwa, ale jest. Chwila oddechu, jeszcze tak daleko do poranka, że można nawet otworzyć wino, czy wypić drinka, a nawet popatrzeć w telewizor, bez względu na to, co tam leci. Beztroska lewitacja, ale taka tylko trochę, żeby nie przesadzić. Amplituda musi być bezpieczna, bo proporcjonalnie do oddalenia się od codziennych spraw, wrócą one z porannym budzikiem. Jeśli nie przegniemy, to łatwiej będzie ustalić plan dnia i rozwoju sytuacji. Lęczki i straszki nie będą tak silne, ich macki będą nas tylko trącać, próbując złapać, ale się nie damy. Idąc pod wiatr, czasem w deszcz, zapniemy kurtkę pod samą szyję i do przodu. Zawsze do przodu.

Niektórym się wydaje, że jesteśmy nieprzemakalni i nic nas nie rusza. Tak nie jest. Wszystko odczuwamy i przeżywamy, wręcz ze zdwojoną siłą. Bo nie możemy uciec, zniknąć. Pokazać środkowego palca i po prostu wyłączyć telefon. Są dzieci, zobowiązania i droga, którą wybraliśmy. Ona jest trudna, niebezpieczna, pełna kolorów życia od piekła po niebo.

Kiedyś, podążając autostradą tego poważnego życia, porównywałem to do jazdy motocyklem w długim, niekończącym się bardzo długim zakręcie. Ważne było, że jak dam się ponieść i przyśpieszę, to wypadnę z drogi, a jak na chwilę się zamyślę, to przewrócę. Później, coraz bardziej otwierając oczy ze zdziwienia, codziennymi niespodziankami życia zacząłem mówić o tym, że tym motocyklem jadę już po bandzie, barierce ochronnej, za którą jest przepaść. Niczym cyrkowiec w beczce, muszę trzymać manetkę gazu bardziej uważnie. Jednak okazało się, że nie ma granic. Wszystko może się zdarzyć. Dotarłem pewnego razu do przysłowiowej ściany. Stwierdziłem, że już koniec. Nic nie jestem w stanie zrobić. Nie dam rady. Trudno, przecież się nie zabiję (tej opcji nie ma w systemie).

I wtedy okazało się, że jednak można przekroczyć kolejną, nieprzekraczalną granicę wewnętrznych możliwości. Chyba jest to możliwe tylko dzięki miłości i pierwotnej, nieskończonej chęci życia. Tak, miłości do życia. Teraz już nie ma drogi, bandy czy motocykla. Jest nieograniczona, wspaniała przestrzeń. To nie jest spadanie ani lot. To bycie przestrzenią, z przestrzenią i w przestrzeni. Brzemiennej w kalejdoskop zdarzeń, z ciągle nieustająco obecnym, permanentnym stanem zdziwienia i otwarcia na to, co się wydarza. Nie sztuka narobić w gacie. Prawdziwa sztuka to narobić i z tym chodzić.


Originally published at szklanapogoda.wordpress.com on June 14, 2015.