Lech Wałęsa — koszmar PR-owców

Wikipedia/ CC BY-SA 3.0 pl

Współpracował: tak czy nie? Brał pieniądze: tak czy nie? No i z kim pił wódkę? To pytania, które od kilku dni zdominowały media, internet i nocne Polaków rozmowy. Wszyscy z zapartym tchem czekają na ostateczny werdykt. Jednak kolejne teczki, kwity i protokoły, zamiast wyjaśniać, jeszcze bardziej zaciemniają obraz.

Nie pomaga także główny bohater afery. Oświadczenia byłego prezydenta to pożywka dla przeciwników politycznych. Niby padają słowa „nie współpracowałem z SB”, ale reszta jest już zagmatwana i mało przejrzysta. Jest tak źle, że trudno przerobić fragment tekstu na krótki cytat czy chwytliwy tytuł. Kolejna próba wyjaśnienie sprawy przez Lecha Wałęsę, to kolejna kula w płot. Wywiady nie są mocną stroną lidera Solidarności. Do dziwacznej składni i powiedzonek dochodzą emocje. Dużo emocji.

I na prawdę nie chodzi o to, że ja Wałęsie nie wierzę. Osobiście uważam, że nawet kilka kwitów nie powinno wykreślić go z historii naszego kraju. Jestem jednak przerażona, że człowiek, który wygrał z komuną, prawie 30 lat póżniej przegrywa z PR-em. Ostatni wywiad dla TVN-u i Polsat News to żywy dowód na to, że były prezydent nie odrobił lekcji z public relations. Zamiast prostej i konkretnej odpowiedzi mamy „pani nie żartuje”, „no niech pani popatrzy na daty”. Były prezydent wygląda jakby chciał ponownie powiedzieć „nie chcem ale muszem”. Bardzo nie chcę się tłumaczyć, ale jak już muszę… Jak już teczki wyciągnęli, jak już przyjechali do Miami, to coś powiem. Ale na swoich zasadach. W krótkim rękawku i bez rączek w piramidkę.

Z drugiej strony dobrze czasem zobaczyć w mediach kogoś tak autentycznego. Wygładzony przez specjalistów od wizerunku, zatraciłby by pewnie swoje najbardziej charakterystyczne cechy.

Patrząc na jego werwę i emocje wypisane na twarzy, nie trudno uwierzyć, że porwał kiedyś tłumy. O wiele trudniej przypomnieć sobie, jak założył garnitur i został prezydentem.