Miedzianka, Góry Świętokrzyskie 19.10.14

‘Linia Horyzontu’

Gdy podstarzali gangsterzy z Nowego Jorku, chcą, często pomimo wielu krwawych porachunków, powspominać wspólnie ‘stare, dobre czasy’, spotykają się nad brzegiem rzeki Hudson. Tam skacząc wzorkiem po konturach drapaczy chmur, tworzących jedną z najbardziej niesamowitych i pięknych panoram miasta, przystępują do refleksji i reminiscencji. Wspominają chłopięce czasy, przyjaciół z dzieciństwa, pierwsze kobiety i pierwsze rozboje. Jakby to był obowiązkowy obrządek odprawiany przed przejściem do meritum ‘sprawy’.

Jeśli tak jak ja obejrzeliście w swoim życiu wiele filmów i seriali, szczególnie zawierających tę scenę, wiecie, że owi gangsterzy wcale nie spotykają się pod wpływem nagłej chęci powrotu do dawnych, beztroskich lat. Przychodzą złożyć kurtuazyjnie jakąś propozycję, która najpewniej zostanie odrzucona, a co za tym idzie, spotkania te mają zazwyczaj charakter pożegnalny. W kilku kolejnych scenach, najprawdopodobniej, jeden z nich będzie już martwy.

Podobno w krytycznych chwilach zagrożenia, całe życie, a przynajmniej jego kluczowe fragmenty, przelewają nam się przed oczami. Nigdy nie zdążyłem zauważyć. Natomiast wiem, że pewne sytuacje stymulują powroty, dziwnych, często mocno zapomnianych chwil, ludzi i miejsc.

Zauważyłem to ostatnio żegnając słońce na skraju Aker Brygge w Oslo. Czując jak wiatr kołujący nad zatoką, raz po raz, rozbija się o moją twarz, delektując się przy tym, najdroższym i jednocześnie najtańszym, piwem z puszki. To jeden z tych momentów, kiedy na kilka sekund hipnotyzuje Cię niesamowita sceneria, a w Twojej głowie wiruje mieszanka tego co było i tego co chcesz, żeby się jeszcze w Twoim życiu wydarzyło. Podobną chwilę, nawet bardziej intensywną, przeżyłem siedząc na schodkach katedry Sacre Ceour w Paryżu, z której roztacza się jeden z najpiękniejszych widoków świata. Przynajmniej dla mnie. Szczególnie gdy zachodzi słońce, niebo robi się fioletowo-różowe i w rytm muzyki granej przez grupkę egzotycznych imigrantów, zaczynają się zapalać światła miasta.

Tych miejsc oczywiście było więcej. Pamiętam gdy pierwszy raz zobaczyłem Tatry, czy jak płynąłem na moto-pontonie po wzburzonym oceanie, wzdłuż wybrzeża Irlandii, skacząc po prawie 2 metrowych falach. Horyzont wydawał się wtedy absolutnie nieskończony.

Zastanawiałem się co wtedy wpłynęło, na te nagłe i nieoczekiwane wspomnienia i rozważania. Czy to, że byłem wtedy szczęśliwy? Zapierający dech w piersiach widok? Otóż nie. Czułem się po prostu malutki.

Czułem, że moje życie, owszem jest ważne, ale jest tylko jednym z wielu, że moje problemy i rozterki, są w dużym stopniu błahe i ogromnie przejaskrawione w obliczu całego, ogromnego świata.

Było to bardzo oczyszczające uczucie. Tej nocy zasypiałem z uśmiechem na ustach, wiedząc, że właśnie stałem się jednym z poszukiwaczy ‘zaginionych linii horyzontu’. I ich oczyszczającej mocy oczywiście.

Czasami trzeba pokonać jakiś dystans, by móc go potem nabrać.