
Nic nie jest czarno-białe
Komunikacja miejska to wspaniały wynalazek. Stosunkowo małym kosztem masz szansę dostać się praktycznie wszędzie, gdzie tylko zapragniesz. Ot tak. Kupujesz bilet, zależnie od tego, jakiego potrzebujesz i jedziesz. Jeden na wszystko. Tramwaje, autobusy, kolejki, metro, wszystko. Gdy posiadasz już ten magiczny kartonik jesteś wręcz zapraszany/na do udziału w tym pięknym akcie sztuki zwanej miejskim życiem. Nie jesteś jednak sam. Towarzyszą Ci inni aktorzy.
I właśnie o tych innych aktorach jest teraz mowa. Są oni różni. Właściwie to nie ma większej mieszanki osobowości, kultur, styli i upodobań niż w ogólnoświatowych odpowiednikach warszawskiego ZTM. Jednak w tym gąszczu znajdujesz czasami ten jeden, z góry znienawidzony typ miejskiego wędrowca. A jest nim żul. Żul, bej, jakkolwiek go nazwiesz, każdy ma swoje ulubione określenie.
Wiesz, kim on jest. Nie wiesz jednak, co przeszedł, żeby znaleźć się w tym jakże smutnym punkcie swojego życia. Wódeczka i tanie wino nie pozwoliły odnaleźć się po przemianach ustrojowych po 1989? A może to jego świadomy wybór? Jako relikt lat ’60 nie posiada niczego poza zamiłowaniem do kolorowych VW Ogórków i dziwnych karteczek nasączonych LSD, jednocześnie wybierając odrzucenie? Nie wiesz tego.
Ja nie wiedziałem zaś jeszcze czegoś. Nie wiedziałem, dlaczego jeden z tej grupy pasażerów tak bardzo przeszkadza mojemu kompanowi podziemnej podróży. Piątkowa noc, jest jeszcze w miarę wcześnie. Ja: słuchawki, przerzucona przez ramię torba i połówka w krwiobiegu zrobiona w drodze do domu na spółę z przyjacielem. Charakteryzujący mnie boski miszmasz zmęczenia mięśni i głowy pozwala na wyciszenie. Niedługo. Dwa rzędy dalej słyszę szarpaninę wyżej wspomnianej dwójki. Na razie jest spokojnie, jednak sytuacja nabiera tempa. „Ratuj gościa, stary”- ruszyłem w stronę łysej glacy odbijającej mętne światło metrowych żarówek i wykrzykującego co jakiś czas skromne „wypierdalaj” w kierunku Pana Beja. Dwa kroki i stoję…
Kolejna stacja i Włodzimierz Żulowski wylatuje z hukiem na peron. Usiadłem rząd bliżej tłumiąc wewnętrzną walkę z odorem i widokiem stanu, w jakim znajdował się ów niedoszły pasażer. Wcale nie dziwię się dżentelmenowi w ortodoksyjnym ortalionie. Przy gościu nie dało się wysiedzieć. Wizja spędzenia z nim dodatkowych 10 minut rzeczywiście mogła przyprawić o zwrot niedawno skonsumowanej zakąski.
W mojej głowie pojawiły się wątpliwości. Raz, że od razu oceniłem tego łysego Pana. Dwa, że nie powstrzymałem jego niedrogich adidasów przed wykopaniem Włodka. Trzy — czy ja sam nie zrobiłbym tak samo, jak współpasażer Seba. Pewnie nie. Jednak nic w tej sytuacji nie było czarne i białe, jak sobie założyłem. W tym tym spodnie menela. Te były ciemnobrązowe.