Rys. Carlos Zamora

Nowy wspaniały świat startupów

Środowy wieczór. Londyńskie Shoreditch, zagłębie technologicznych startupów i coworking space. 23-letni Jason patrzy przez okno starej fabryki — teraz domu kilkuset małych biznesów — i wysyła ostatniego mejla do klienta. Za jego plecami koledzy programiści markują koniec dnia popijając piwo i usiłując wyciągnąć drewniany klocek z chwiejącej się wieży Jengi.

Firmy, dla których pracuje Jason i jego koledzy są w fazie embrionalnej. Ponad jedna trzecia z nich upadnie w ciągu najbliższych sześciu do osiemnastu miesięcy.

Jason zamyka maca i po chwili wszyscy kierują się do wyjścia prowadzącego przez długi korytarz o kolorowych ścianach, z przepoconą kanapą i stołem do pingponga, żeby dołączyć do reszty co-workerów na cotygodniowe DemoNight.

Okazja jest wyjątkowa, bo TechHub — wylęgarnia tech przedsiębiorczości i właściciel powierzchni biurowej (od niedawna z oddziałem w Warszawie), na której pracuje Jason — właśnie ogłosił partnerstwo z Google. Zamiast piwa i taniej pizzy zjadanej na stojąco prosto z kartonu, wjeżdzają więc eleganckie kanapki i mini-sałatki a do tego kolorowe drinki roznoszone przez profesjonalną obsługę cateringową. 
 
Hala nadziei i marzeń

Pochodzący z Hong-Kongu Jason nie skończył studiów i nigdy nie pracował w firmie zatrudniającej więcej niż dziesięć osób. Podczas gdy jego znajomi odbywali przymusowe staże — zastanawiając się czy inwestycja w kosztowną edukację kiedykolwiek się zwróci — Jason zdobywał doświadczenie w sektorze digital media w San Francisco, mekkce tech innowacji i Londynie, od niedawna w czołówce na rynku startupów w Europie.

Na cotygodniowe demo night przychodzą przedsiębiorcy dwudziesto- i trzydziestoletni. Mają 3 minuty na prezentację biznesu, po której następuje krzyżowy ogień pytań od publiczności.

Waggle-It jest jednym z 40 tysięcy startupów zarejestrowanych w Londynie, liczących że powtórzy sukces Facebooka. Felix, atletyczny 23-latek jest współtwórcą wesołej aplikacji, która wysła “pszczołę-sondę” do lokalnej społeczności w celu… crowdsourcingu codziennych dylematów. — Kocham buty — wyznaje Felix — i nigdy nie wiem które mam nałożyć. Teraz nakładam tylko te na które zagłosuje najwięcej.

Gwiazda wieczoru — 23-letni CEO Waggle-It którego wartość już wynosi 400 tys. funtów

Aplikacja jest już popularna wśród nastolatków. — Rozwijając produkt, celowaliśmy w ludzką tendencję do… potrzeby samo-potwierdzenia i prokrastynacji — tłumaczy młody absolwent nauk społecznych z Oxfordu.

Zastosowanie kolorowej aplikacji — atrakcyjnej dla najbardziej nieuchwytnej i kapryśnej dla badaczy rynkowych grupy demograficznej — jest oczywiste.

Joseph i Constantinos, greccy doktoranci IT oraz założyciele Glovdi, ubrani są w bliżniacze marynarki. Na widowni (koszule flanelowe, bluzy z kapturem i jeansy — klasyczny dress code geeków) wieje chłodem. W tech-świecie wygląd sprzedawcy nie pomaga w sprzedaży. Ich propozycja? Telefon-rekawiczka. Puszczają krótki film. Podniosła muzyka i patos jakby chodziło o odkrycie antygenu na raka lub ‘powtórne przyjście Chrystusa’. 
- Przypomina to reklamę prezerwatyw — przerywa prowadzący — i wygląda na kosztowny projekt. — Potrzebujemy 150 tysięcy funtów, żeby go zrealizować. W to wliczony jest już nasz budżet podróży służbowych: do Ameryki i Chin — wyliczają.

Tak jak Dolina Krzemowa ma obsesję na punkcie przełomowej innowacji i filantropii, podobnie tutaj na ustach wszystkich jest rozwiązywanie problemów poprzez technologię. Pozytywny refren jest typowy dla tech-narracji. Przemówienia CEO tech gigantów często brzmią jak mantry ambasadarów UNICEF, którzy milarderami stali się od niechcenia, przy okazji zbawiania świata. Ten prometejski ton Doliny Krzemowej sparodiował serial HBO “Sillicon Valley”. Prezes serialowej korporacji — satyra na Google’a i Salesforce — fotografuje się w towarzystwie dzieci z Afryki a w spocie reklamowym nowego produktu mówi: “Jeśli możemy zmniejszyć plik audio i wideo, możemy zmniejszyć raka. I głód. I AIDS”.

Mesjasze i aniołowie tech-kapitalizmu

Niemal połowa wszystkich milarderów na świecie poniżej 40-ego roku życia, podaje The Economist, to techies.

Coraz więcej młodych przedsiębiorców wierzy, że do nich dołączy. Swiadczy o tym ogromny popyt na biurka w Shoreditch i innej modnej dzielnicy Stoke Newington.

Techhub, w którym pracuje Jason to tylko jeden z wielu graczy na rynku powierzchni biurowych dla startupów. Większość co-working space wygląda podobnie. Post-industrialne budynki zamienione w energetyczne i przestronne przestrzenie. W sprzyjającej współpracy i przyjaznej atmosferze pomaga kreatywna przestrzeń: murale i inspirujące cytaty na ścianach we wszystkich kolorach tęczy, duża kuchnia, obowiązkowe stoły bilardowe, pluszowe sofy i bean bags.

Mnożą się też inkubatory i akceleratory, które pomagają startupom zdobyć kontakty i kapitał. Tym założonym przez software developers często brakuje modelu biznesowego. Kochają produkt i chcą go rozwijać, ale kwestia klientów i relacji z inwestorem wydaję się być problemem typu user interface. Drugorzędnym.

Niektorzy, tak jak Kandida, założycielka książkowego klubu on-line Novellic — finansuje działalność z kieszeni poprzedniego startupa.

Droga od startupa do rentownego startupa usłana jest ciężką pracą, determinacją i setką spotkań takich jak Demo Night. Trzeba wytrzeć wiele krzeseł w kolejce do venture capitalist oraz intensywnie networkingować.

Ale nie zawsze. Felix, autor Waggle-it, od razu dostał wsparcie od angel investor. — To skłoniło mojego ojczyma do uzupełnienia inwestycji. Dostaliśmy od niego drugie tyle. Mieliśmy też dużo szczęścia, bo wartość Waggle-It została oszacowana na 400 tysięcy funtów- opowiada.

Tech jest sexy. Tech jest cool

Chociaż każdy startup chce powtórzyć sukces Apple czy Google, w świecie startupów nie ma słowa bardziej “uncool” od korporacji.

Każdy kto pracuje w tradycyjnej branży, chodzi do ‘biura’ a nie na ‘campus’, ustawia ‘calla’ zamiast ‘hangoutu’ i nie gra z pięćdziesięcioletnimi senior partnerami firmy w piłkarzyki, może się poczuć — przekraczając próg startupu — oszołomiony.

Z kolei dla ludzi ze startupu osoba z korporacji jest reliktem z epoki analogowej, teleportowanym z mentalnego i fizycznego Lourdes, gdzie życie odmierzane jest monotonną pracą, wypraną z jakiejkolwiek pasji.

Felix, założyciel Waggle-It, zaraz po obronie dostał ofertę od firmy konsultingowej Ernst & Young. Namyślał się nad nią całe 2 minuty. — Korporacje to przecież samo zło — uśmiecha się.

Pracownikom w korporacji płaci się za duszę— uważa 28-letni Antonio, który we Włoszech pracował jako asystent produkcji filmowej a od kilku lat pracuje w Londynie w sektorze on-line videos — To haracz za zrzeczenie się używania mózgu, redagowanie przed monitorem tych samym utartych mejlowych frazesów, przyciskaia tych samych skrótów klawiszowych i powtarzania tych samych operacji w różnych oknach komputerów, i przyjmowania z wdziękiem upokorzających upomnień niekompetentego szefa.

Legiony ludzi w startupach to jednak ex-korporacjusze lub ex-akademicy.
Antoine, 31-letni Francuz pracował przez trzy lata w dużym banku korporacyjnym w Paryżu zanim przeprowadził się do Londynu, gdzie znalazł pracę w nieznanej nikomu firmie. Teraz jako software developer pracuje nad aplikacją mobilną, która — jak twierdzi — zrewolucjonizuje rynek podróży. — W banku przez trzy lata wypełniałem fotel i nic nie robiłem. Zarobki były fantastyczne, ale satysfakcja z pracy zerowa. Nieefektywne i długie godziny pracy wolałem zamienić na długie, efektywne, i z fajnymi ludzmi — tłumaczy.

Jednorożce i tech bańka

Startupy zmieniły świat. Sposób w jaki się komunikujemy (WhatsApp), szukamy pracy (Linkedin), uczestniczymy w życiu towarzyskim (Facebook), śledzimy wiadomości (Twitter), słuchamy muzyki (Spotify), konsumujemy rozrywkę (Youtube, Netflix), spędzamy wakacje (Airbnb), przemieszczamy po mieście (Uber) i poznajemy partnerów (Tinder). 
 Ale czy trend wielomiliardowych waluacji niektórych z tych firm nie przypomina bańki spekulacyjnej dot com z 1999 roku?

“Nie. To było zupełnie co innego— zaprzeczają wszyscy zgodnie. — Słynne jednorożce [firmy, których wartość szacowana jest na miliard dolarów lub dużo więcej i co do których wszyscy są zgodni, że mają świetlaną przyszłość] jak Uber czy Snapchat nie wchodzą przecież na giełdę”.

Tech gospodarka jest bezwzględną merytokracją , pisał ostatnio the Economist. Na jej samym wierzchu znajduje się warstwa okrutnego przypadku i łutu szczęścia. Żaden talent i tytaniczny wysiłek nie wynagrodzą decyzji, że się wybrało Sidecar (zamknięty w zeszłym roku) zamiast pracy w Uberze czy Lyft.

Udziały w firmie, za które pracuje się z takim poświęceniem, okazują się mało warte, kiedy firma staje się publiczna i notowana na giełdzie (przykładem jest choćby Linkedin, Square czy Etsy). Jeśli bańka pęknie po raz kolejny, ucierpią najbardziej pracownicy.

Wiedzą o tym millienialsi. Ale sukces hakerów, samouków i self-made biznesmenów wydaje się być nadal bardziej atrakcyjny i na wyciągnięcie ręki niż mozolne pięcie się po kolejnych szczeblach konwencjonalnej kariery, konkurując z armią innych równie utalentowanych rówieśników.

One clap, two clap, three clap, forty?

By clapping more or less, you can signal to us which stories really stand out.