O wojnie medialnej czyli dlaczego obydwu stronom życzę powodzenia

Parę tygodni po ostatnich wyborach, gdy w polskim piekiełku płomień rozbłysnął z niespotykaną od lat mocą, pomyślałem sobie że to już jest ten moment, w którym powinienem przestać się emocjonować i po prostu zasiąść przed spektaklem nad Wisłą, zajadając popcorn. Nie wysiedziałem.

Nie będę się tu rozwodził czy preferuję PiS czy PO, bo byłaby to rozprawa o tym czy wolę cierpieć na kiłę czy na rzeżączkę. Nie będę poruszał kwestii Trybunału Konstytucyjnego, który skończył się dla mnie z momentem zadania pytania “Panie Tusk, a ile kosztowałoby gdybyśmy uznali, że kradzież 150 miliardów z OFE nie była zgodna z konstytucją?

Zajmę się kwestią medialną.

A właściwie to kwestią optyczną. Bo w gorącym ostatnio temacie mediów dostrzegam pewne złudzenie optyczne albo może wadę wzroku rozpowszechnioną w polskim społeczeństwie. Chodzi mianowicie o to, że niemal wszyscy szarpią się o nogę słonia jak o najwyższe dobro, nie widząc słonia.

Nogą słonia są oczywiście “publiczne” media, nad których przejęciem pracuje PiS. Piszę w cudzysłowie ponieważ nie mogę zignorować obecności słonia.

Ten słoń to państwo a te media to jego noga.

Nogą słonia włada słoń.

Nie ma nad nią kontroli publiczność, i żadne życzenia ani zaklęcia tego nie zmienią.

Nazwanie nogi słonia “nogą publiczną” też nie przekaże kontroli w ręce publiczności.

Od nowej ustawy medialnej, przepychanej pośpiesznie jak kibel zatkany pięć minut przed ważną uroczystością, zależy tylko to jak szybko nowy rząd przejmie rolę tresera i pośrednio nad słoniową nogą zapanuje.

Jeśli wierzysz, że państwowe media mogą być obiektywne, bezstronne, neutralne czy publiczne (w sensie kontroli a nie tego, kto na nie płaci), to gratuluję naiwności. Jeśli używasz sformułowania “wolne media publiczne” to pewnie często też mówisz “demokracja ludowa” albo nawet “sprawiedliwość społeczna”.

Znajdź jakąś różnicę

Nie będę dyskutował nad zawartością programową państwowej telewizji czy radia. Nie posiadam telewizora ani radia, nie słucham, nie oglądam, nie obchodzi mnie ich zawartość. Nie płacę abonamentu a jeśli kiedyś bez przystawionego do skroni pistoletu wyślę taki przelew to bardzo Cię proszę — przyjdź i mocno walnij mnie w głowę.

Mam nadzieję, że w walce o wpływy te wszystkie twory medialne trwale znikną z listy organizacji finansowanych z budżetu. W zasadzie obojętne mi czy zostaną sprywatyzowane czy sobie zdechną, byle stało się to szybko. Rachunek ekonomiczny wskazuje, że to pierwsze rozwiązanie jest lepsze, doświadczenie jednak mówi, że kasę i tak ktoś ukradnie.

Najbardziej jednak chciałbym ujrzeć koniec bytu cenzorskiego pod postacią KRRiT. Niestety kupę, która przyschła nawet do kart konstytucji, zeskrobać nie jest łatwo i chyba brak nam w sejmie gotowych na to śmiałków.

Wyobraźcie sobie, że ten obwisły organ nałożył karę na prywatną stację telewizyjną za to, że pan złapał panią za cycki. Nikomu nie przeszkadza gdy na ekranie znany amerykański aktor swą męską ręką pozbawia życia siedemdziesiątą ofiarę w ciągu ostatniej godziny. To przecież normalne zachowanie. Ale złapać męską ręką za damską pierś?! To haniebne i karygodne! Aż strach pomyśleć co by było gdyby ta męska ręka na ekranie chwyciła inną męską rękę. Albo jeszcze co innego…

Zresztą nie chodzi ani o cycki ani o zabijanie, tylko o to, że państwo śmie dyktować co ma albo nie ma pojawiać się w prywatnej stacji utrzymywanej za prywatne pieniądze. Jeśli nadal przechodzi Ci przez gardło termin “wolne media publiczne” to mocno walnij się w głowę.

Na szczęście telewizja, jak i farba rozmazana na martwych drzewach, to już przeżytek i mamy internety. Co prawda trafia się czasem jakiś chłoptaś-fantasta, któremu wydaje się, że je ocenzuruje. Powodzenia. Nawet z Iranu da się w sieci przeglądać wszystko. Wszystko.

Nadeszła pora na wątek tragikomiczny, a mianowicie artykuł, który dziś sprowokował mnie do sięgnięcia po klawiaturę. Wypowiada się pani Applebaum, zawodowo dziennikarka a prywatnie żona prominentnego członka ekipy świeżo oderwanej od koryta. W rozpaczliwym tonie pisze bajkę o świecie, w którym “nikt w nic nie wierzy”.

Już na początku bajki Jabłonka radzi Górze Cukru jak powinna spożytkować zgromadzone dobra by naprawić świat, który oczywiście dobra te gromadząc zepsuła. Oczywiście, bo przecież każdy kto się dorobił to złodziej. Jabłonka natomiast ma gotową radę jak prywatna osoba powinna swoje prywatne pieniądze wydać. Wszak jej małżonek dopiero co z rozmachem wydawał ogromne sumy pieniędzy poblicznych, więc i ona conieco się nauczyła.

Zaraz potem dowiadujemy się, że Libii wcale nie zniszczyły natowskie bomby, tylko “przekleństwo Facebooka”. Nie można bowiem, jak za dawnych dobrych czasów, sięgnąć po tubę propagandową i powiedzieć tym durnym ludziom co mają myśleć. Nie, bo zaraz ten fejsbuk “przedstawi sprzeczne wersje prawdy” i cały nasz plan naprawy świata weźmie w łeb.

W “biednych demokracjach” fejsbuk wszystko psuje. Nie ma mądrych dziennikarzy, którzy by informacje posprzątali, przefiltrowali, ładnie skroili i podali do konsumpcji. Są za to “tłumy internetowych trolli”, które psują demokrację. Demokracja polega bowiem na tym, że ludzie mają głos. Psucie demokracji zaś na tym, że ludzie na fejsbuku zabierają gło… Wróć, kurwa, jak to było?! Nieważne. To biedne demokracje.

“Bogate demokracje” mają zaś inny problem. Tam, zgodnie z goebbelsowską zasadą, powtórzone tysiąc razy teorie spiskowe stają się prawdą. Na fejsbuku nie ma bowiem dobrych dziennikarzy, którzy by ludziom ważkie kwestie przemyśleli, więc ludziska najwyraźniej wierzą w to co ma więcej lajków, choćby capiło na kilometr. W końcu miliony much nie mogą się mylić.

Applebaum kiedyś nawet zgarnęła nagrodę dziennikarską, która jeszcze nie zdewaluowała się do poziomu przedpokojowego Nobla (to taki pokojowy Nobel przyznawany na kredyt). Starych drzew jednak nie można przesadzać i w fejsbukowej rzeczywistości korzeni nie zapuściła. Nie załapała najwyraźniej, że fejsbuk to takie szkło powiększające, pokazujące i wyolbrzymiające pewne zjawiska społeczne. Stanisław Lem kiedyś powiedział: “Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów.” Ja bym posunął się dalej. Facebook i w ogóle media społecznościowe pokazały, że sporo ludzi jest autentycznie jebniętych. I wcale nie jest ich procentowo więcej niż było przez wieki, tylko teraz bardziej zdajemy sobie sprawę z ich istnienia.

Jest jednak na koniec bajki stwierdzenie dające światełko nadziei: “Być może powinniśmy się uczyć «umiejętności czytania mediów» w szkołach”. Być może nie w szkołach, a już na pewno nie w państwowych, ale tak — na pewno — powinniśmy uczyć się czytania mediów.

Mój Czytelniku, w nauce czytania ze zrozumieniem nie pomogą nam ani państwowe rady ani jacyś mityczni dobrzy dziennikarze. Musisz włączyć rozum, szukać wartościowej informacji w zalewie bzdur a każdą znalezioną kwestionować. Świat już nie pędzi do przodu. Świat zapierdala i wcale nie zwolni. Edukacji nie możesz już kończyć w momencie odebrania dyplomu, tylko w chwili gdy rodzina odbiera Twój akt zgonu. Musisz się uczyć języków, obsługi kanałów medialnych, filtrowania informacji, bo jak nie to ktoś wciśnie Ci bzdurę a wyciśnie coś bardziej cennego.

Aby uspokoić przerażonych, tłumaczę że poruszanie się po internetach przypomina trochę pływanie. Jeśli nie przyswoiłeś tego w młodym wieku, to nie będzie łatwo. Zwyczajne wskoczenie do wody może zakończyć się sporymi nieprzyjemnościami. Kiedy jednak opanujesz tych kilka podstawowych ruchów, okaże się, że można unosić się na powierzchni. Trochę treningu i wizyty na basenie staną się relaksującą przyjemnością. Facebook to taki basen publiczny w lecie. Zatłoczony i z podejrzanie żółtą wodą ale w zasadzie niegroźny dla zdrowia. Jak już wydaje Ci się, że umiesz pływać i radzisz sobie z falami, to zapraszam na /b/.

Na naszych oczach wreszcie dogorywa stary system, w którym wybrańcy preparowali informacje dla mas za tych mas pieniądze. Choć nie oglądam, to chętnie włączę TVP by usłyszeć słowa “sztandar wyprowadzić”. To może szybko nastąpić, bo patrząc na osobę nowego prezesa nie mogę nie spytać “kto to kupi?” Bijcie się więc o te media. Obu stronom życzę powodzenia!

Im szybciej ten skansen padnie, im prędzej przestanie pasożytować na budżecie, tym lepiej. Dobrzy dziennikarze znajdą sobie nową pracę, a jeśli nie znajdą, to znaczy że nie byli dobrzy. Stanowimy cholernie sprytny gatunek, błyskawicznie adaptujący się do nowych warunków. Ludzie potrafią błyskawicznie zagospodarować każdy kawałek zyskanej wolności. Z jedną tylko wolnością ludzkość radzi sobie słabo: wolnością od myślenia.