Rocznica Śmierci Mojej Mamy
Tego dnia, rok temu, zmarła moja Mama, po rocznej walce z rakiem. A pamiętam wszystko jakby to było wczoraj… być może nawet lepiej.
Ostatnie tygodnie były trudne — Mama leżała w szpitalu, a ja walczyłem z lekarzami i pielęgniarkami, aby cokolwiek sensownego osiągnąć. Pisałem o tym wtedy, w bardziej anonimowej formie, a całość podsumowałem:
Nie jesteście bogami. Nie jesteście lepsi od reszty społeczeństwa. Nie potraficie nawet często myśleć logicznie i zdiagnozować podstawych skutków waszych własnych czynów. Przykro mi to powiedzieć, ale wasze IQ też często nie idzie w parze z waszym ego.
Trochę pokory…
Naprawdę zróbcie sobie rachunek sumienia i zacznijcie traktować ludzi tak jak chcielibyście sami być traktowani przez innych. Bo w końcu traficie na takiego, który nie napisze paru akapitów jak ja powyżej, a zrobi coś znacznie gorszego.
Niestety niewiele wtedy osiągnąłem, a lekarze prawdopodobnie tylko przyśpieszyli szybko pogarszający się stan zdrowia. Mama w każdym razie wtedy tak cierpiała z fizycznego bólu, że nie dość, że przez większość dnia zupełnie nie wiedziała co się dzieje, miała halucynacje i opowiadała o czasach sprzed wielu lat jakby wydarzyły się wczoraj, to w chwilach świadomości sugerowała mojej żonie, że oczekuje od nas pomocy “w uśmierzniu bólu” — mi nigdy nie powiedziała wprost, do dzisiaj nie wiem dlaczego. Widząc jej cierpienie, słysząc jej jęki i krzyki, cierpiałem bardziej niż kiedykolwiek w życiu. Te dni odcisnęły na mnie swoje piętno tak mocno, że do dnia dzisiejszego nie pozbierałem się w pełni. Pamiętam, że podczas jednego z gorszych dni, rozmawiałem z jej najlepszą przyjaciółką, której wyznałem, że momentami zastanawiam się czy nie pomóc jej odpocząć od bólu z większą godnością — Mama wtedy już była przez większość dnia nieprzytomna i nie było z nią prawie żadnego kontaktu. Przyjaciółka Mamy zakazała mi tego, tłumacząc konsekwencje. Nie zmieniało to faktu, że nie usłyszałem tych słów z ust mojej rodzicielki wprost, więc szanse na taki krok z mojej strony były nikłe; jednak nie zawahałbym się, gdyby mnie o to poprosiła.
Pamiętam, że rok temu, dnia poprzedniego, większą część dnia spędziliśmy przy jej łóżku. Goście normalnie wypraszani są o 22:00, ale pielęgniarki nam zaoferowały, abyśmy zostali tak długo jak chcemy. Byłem tak zmęczony i wycieńczony psychicznie, że postanowiłem wrócić do domu, aby chociaż kilka godzin się przespać — byłem tak wymęczony przez stres, że nawet doba snu by mi wtedy nie pomogła. Położyliśmy się spać około 23:30.
Dokładnie 50 minut później zadzwonił mój telefon. Zerwałem się z łóżka natychmiast i z ogromną obawą podszedłem do biurka, na którym leżał i wibrował. Nikt o tej porze do mnie nigdy nie dzwoni i nie mogła to też być przypadkowa osoba — telefon miałem w trybie “nie przeszkadzać”, co oznacza, że w nocy mogło się dodzwonić tylko kilka osób z listy “ulubionych” kontaktów. Zanim spojrzałem na wyświetlacz, wiedziałem kto dzwoni i wiedziałem po co. Stałem nad nim i zastanawiałem się przez moment czy odebrać czy nie. Wszystko we mnie zastygło. Emocje. Myśli. Tak jakby ktoś wcisnął pauzę.
“Halo?” zapytałem.
Od tej chwili nie pamiętam swojego głosu, ani słów, które padły przez słuchawkę. Usiadłem i zacząłem płakać. Chyba. Ale pamiętam Iwony zszokowany wyraz twarzy, z szeroko otwartymi oczyma, siedzącej na baczność w łóżku.
Nie pamiętam kto z nas zadzwonił do zakładu pogrzebowego ani drogi do Mamy, ale pamiętam największy smutek i bezsilność, który mnie ogarnął jak już przybyliśmy na miejsce. Dla osób trzecich prawdopodobnie wyglądałem i zachowywałem się jak zombie.
Pochowałem Mamę kilka dni później. Pamiętam, że próbowałem wtedy zachowywać się radośnie i uśmiechać się do innych. Nie wiem po co, ani dlaczego. Może próbowałem poprawić ich samopoczucie? Może swoje? A może byłem w szoku?
Kilka miesięcy temu byliśmy w Rzymie. Pewnego wieczoru udaliśmy się na kolację, a ja siedziałem pogrążony (nadal) w smutku po śmierci rodziców (mój Tata zmarł 19 dni po Mamie). Zapytałem się wtedy Iwony kiedy zacznę się w końcu lepiej czuć. Obok ogródka restauracji, na ławce na małym skwerze, od paru minut siedział facet z saksofonem i szykował się do gry. Chwilę później, jak już skończyliśmy dyskusję i zapadliśmy w zadumę, zaczął swój wieczorny uliczny występ od “My Way” Franka Sinatry. To była ulubiona piosenka mojej Mamy. Może to przypadek, może znak — nie ma to dla mnie większego znaczenia, bo od tego wydarzenia moja dusza zaczęła powolny proces gojenia, który nadal trwa.
Po tych 365 dniach mogę Wam poradzić tylko jedno: