Są dwa stanowiska — tak lub nie

A większość i tak Ci powie, że to, które obrali jest unikatowe

Mam 19 lat, patrzę na swoich rówieśników i nie ogarniam tego, co widzę. Odkąd pamiętam słyszałem, że nowe pokolenia zmieniają świat. Przynoszą pewnego rodzaju świeżość, której brakuje poprzednim pokoleniom i innowacje, która dla nich staje się standardem. A dzisiaj widzę, że tak, jak sześćdziesięcioletnia Kryśka z Jadźką jedzie w osiedlowym na Haline, bo ta ma syna, który poszedł do pierdla. Tak Dżesika z Victorią, cisną na Andżele, bo jej Air-Maxy były za tanie.

Ten, który “jebie pedałów w rurkach” nazywa siebie patriotom. A ten, który uważa, że “android to gówno” twierdzi, iż ma otwarty umysł i świat stoi przed nim otworem. Finalnie kończy się na tym, że ten, który jest minimalnie bardziej błyskotliwy od reszty i umie obsługiwać kamerę, zakłada kanał na YouTube. Potem prawi te ogólne prawdy, a tłum klaszcze, wręcz przekrzykuje się “polać mu”, bo przecież bez wódki, to nie po polsku. Niezależnie od tego, czy lat masz 19 czy 59.

Nie lubię dramatyzować i pisanie czarnych scenariuszy nie jest moim celem. Myślę, że każdy czyta, czy też słucha takich treści, na które go po prostu intelektualnie stać. Sam słucham czasem Tedego i niczego nie żałuję. Jednak wychowany w przekonaniu, że oceny są wszystkim, żyłem we śnie. W innej rzeczywistości, gdzie zajebiste oceny = błyskotliwy człowiek. A dziś widzę, że te oceny niczego nie gwarantowały.

Każdy z nas jest uwięziony w swoich własnych schematach i szufladkach, które dodaje do swojej układanki, próbując złapać poczucie bezpieczeństwa. Rozumiem to. Sam widzę, jak czasem mój umysł jest zamknięty na możliwości. A ponadto wiem, że każde wyjście poza własne granice, jest na początku wielkim wysiłkiem, by na końcu podsumować to krótkim: “Ale to było proste!”.

Tylko nadal nie rozumiem jednej rzeczy dlaczego tak duża część z nas — młodych ludzi ma potrzebę uznania swojej oryginalności. Tak, jakby po dodaniu tego posta na Facebooku, czy też video na Snapie, brak sprzeciwu, uznawała za potwierdzenie swojej unikalności.

Brak zainteresowania znajomych. Czy też ich lenistwo — objawiające się brakiem chęci prostowania czyichś wyobrażeń na swój temat, uznaje się za synonim akceptacji i bycia fajnym.

W ten sposób, powstają te same kluby wzajemnej adoracji, co kiedyś, tylko dziś zamiast pod trzepakiem, dzieje się to na Facebooku. Wchodzisz na zdjęcie jakiejś średniej, a czasami wręcz brzydkiej dziewczyny, a tam paredziesiąt komentarzy w stylu “piękna”,”cudowa + <milion emotek>”, a autorka, na każde “moja ❤” odpowiada “Twoja” i jest zajebiście. Lajki przecież są wyznacznikiem wartości dziecka, w grupie rówieśniczej, więc każdy gówniarz wie, że jak się dobrze obróci, to już w okolicach czternastki/piętnastki ogarnie sobie te 100–200 polubień pod profilówką. Potem na święta, zamęczy rodzinę, o używanego iPhona 5S = +100 lajków. A finalnie, wybłaga matkę, która ledwo łączy koniec z końcem o Jordany za 900 zł, bo przecież on ma mieć fejm. A obiadu matka nie musi w domu robić, można zjeść w maku.

Wiem, że teraz lecę trochę ostro z tematem, ale w zasadzie to niesamowicie śmieszy mnie zaistniała, na tym etapie pisania, sytuacja. Bo, co ciekawe, ja nie koloryzuję. Nie opowiadam niestworzonych historii o słoneczkach, o których cała Polska słyszała i każdy gimnazjalista marzył. Jednak nikt tego nie doświadczył. Mówię o podejściu do pieniądza i do własnej wartości, które się wydarza i wydarzało. Nic się nie zmieniło, nikt nie wyciągnął wniosków, gdy przyszło do wychowania własnych dzieci. Nikt także się nie obudził, gdy okazało się, że może ma “fejm dojebany”, tylko wykształcenie słabe i nic nie wskazuje na to, by w przeciągu najbliższych dziesięciu lat, miał wzbić się ponad stawkę dwóch — trzech tysięcy na rękę. Zamiast tego, również moje pokolenie, będzie wolało się żyłować, by wyglądać na bogatych, nie wyróżniać się z tłumu i dalej żyć życiem innych. Nie ważne, czy wychowani w PRL, czy w dobie iPada.