Slow Slow West

Jest coś romantycznego w westernach, kiedy jest się chłopcem. A że z bycia chłopcem się nie wyrasta, to i w tym magicznym słowie „western” zawsze jest coś pociągającego. Piękne to filmy, przedstawiające ten dziki, nieodkryty świat, czekający tylko na kowboja, który weźmie go za rogi, ujarzmi i urządzi po swojemu. Metafora życia.

Dlatego chyba zawsze chciałem oglądać westerny. Ale średni mi z tym szło, jak z mnóstwem innych męskich rzeczy. Całkiem niedawno próbowałem na przykład obejrzeć „Za garść dolarów”. Niestety zasnąłem, kiedy Clint Eastwood zaczął pić wodę ze studni w jednej z początkowych scen. Musiał być naprawdę spragniony, bo kiedy obudziłem się, przekonany, że przespałem film, Clint Eastwood nadal pił wodę ze studni. Trochę dawniej z kolei trafiłem w telewizji na „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”. Pamiętam, że kowboj wchodził do saloonu, a ja robiłem parówki. Nadal wchodził, gdy dopijałem herbatę. Kiedy zaczynałem już drzemać po zjedzeniu moich parówek, kowboj był jakoś w połowie drogi do baru. Wymiękłem. I tak Sergio Leone obrzydził mi filmy z kowbojami; zwłaszcza te stare, prawdziwe, oldschoolowe (chociaż np. „15:10 do Yumy wspominam całkiem nieźle).

Parę dni temu, w ramach obchodów międzynarodowego miesiąca Michaela Fassbendera, obejrzałem sobie „Slow West”. Nawet nakręciłem się na ten film; pewnie przez wspomniany wyżej, niespełniony nigdy, sentyment do westernu. Historia przedstawiona w filmie jest prosta jak budowa cepa — młody Szkot trafia na Dziki Zachód, aby odnaleźć swoją miłość. Podąża za laską, która musiała wraz z ojcem opuścić rodzinne strony z dość przykrego powodu. Na samym początku filmu zza krzaków wyłania się ponury Michael Fassbender, który oferuje pomoc dzieciakowi. Dalej jadą więc razem. Tyle. No dobra, nie żeby w filmie nic się nie działo. Mamy, na przykład, zupełnie niewiarygodną przemianę moralną głównego bohatera. Właściwie nie bardzo wiadomo nawet, kiedy ona dokładnie następuje; obstawiam, że w scenie, gdzie jest tak najebany, że urywa mu się film. Przemiana przejawia się w tym, że bohater w finale nie robi tego, co zamierzał początkowo. Właściwie to w ogóle niewiele tam robi. Jak i w całym filmie. Generalnie to głównie jadą. Nic się nie dzieje. Krajobrazy ładne. Nuda, trochę jak u tego Sergio Leone. Na szczęście John Maclean miał tyle litości, że zamknął się w godzinie dwadzieścia. Jednak to nie do Leone odnosi się reżyser „Slow West”. Jeśli już doszukiwać się porównań i inspiracji, to ewidentnie widać tu „Truposza” Jima Jarmuscha. Tyle, że film z Fassbenderem jest tak rozmyty, że nawet nie wiadomo, czy on „Truposzowi” próbuje hołdować, czy raczej się z niego naśmiewać.

kowboj przegląda social media

Mówiąc krótko — tytuł oddaje istotę filmu. Czekałem na zawiązanie akcji, czekałem, a tu nagle finał. Finał, który w sumie, jako jedyna rzecz zasługuje w filmie na większą uwagę. Jedni powiedzą, że nudny, jak cała reszta filmu — ja powiem, że ciekawy, bo… inny, mało hollywoodzki. Może nie wywoływał ciarek, ale był po prostu dość oryginalny.

W skali szkolnej — trzy z dwoma. Moja miłość do westernów — nadal czysto platoniczna i niespełniona. Jeśli masz półtorej godziny wolnego czasu, lepiej poczytaj „Winnetou”.


Originally published at dolinarozpusty.wordpress.com on December 4, 2015.