Nie spodziewałem się, że się uśmiechnę w dniu śmierci mojego Taty


Trzy tygodnie temu rak odebrał mi moją Mamę. Przedwczoraj odebrał mi mojego Tatę.

Piątek (3/04/2015) był dniem, który trwał wieczność. Nie sądziłem, że kiedykolwiek się skończy. Czas spowolnił do tempa w jakim z przeciekającego kranu kapią krople wody na scenach w filmach. Mają widzom przekazać informację o zatrzymaniu się czasu w danym miejscu. A echo niosące się po pomieszczeniu o pustce w nim panującej.

Kinga Ochendowska kilka dni temu pisała o depresji oraz o Yoko, która uratowała jej świat:

A kiedy myślałam, że już nic się w moim życiu nie wydarzy okazało się, że znajomi są zmuszeni oddać do schroniska swojego psa — piękną dziewczynkę rasy Husky. Możecie mi wierzyć, że była to jedna z najtrudniejszych decyzji w moim życiu. Nie byłam w najlepszym stanie a Husky to bardzo wymagająca rasa, zwłaszcza w zakresie aktwności fizycznej. I paradoksalnie, to właśnie decyzja o wzięciu jej do siebie uratowała mój świat. Powoli, dzień za dniem, uczyłyśmy się siebie nawzajem. Nie podejmuję zobowiązań lekko i nie chciałam zawieść tego stworzenia, którego szczęście zależało ode mnie. Teraz, w dwa lata później, Yoko uśmiecha się równie szeroko co ja, w oczekiwaniu na długi spacer po lesie. A to o czymś świadczy, prawda?

Przyjąłem to do wiadomości, ale nie rozumiałem tego jak bardzo pies może odmienić człowieka.

Leo

Miałem kiedyś czworonożnego przyjaciela. To on, na górze tej strony. Leo. Chow Chow, który jako mała kuleczka przyleciał prosto z Chin do pewnej rodziny nieopodal Europy. Według hodowcy miał pozostać taką kuleczką. Tak się jednak nie stało — zaczął rosnąć, a jego właściciele ze strachu zdecydowali się go oddać jak miał około siedmiu-ośmiu miesięcy. Ważył wtedy ponad dwadzieścia kilogramów i osiągnął już swój (prawie) pełny wzrost. Moja Mama miała w tamtym okresie koleżankę, która zajmowała się szukaniem domów dla takich psiaków. Cały czas namawiała ją, żeby wzięła kolejnego dobermana albo spaniela wielorasowego. Łucja, mając już dosyć słuchania jej nagabywania, palnęła, że nie chce psa, bo to za duży obowiązek, ale zrobi wyjątek tylko i wyłącznie jeśli będzie to Chow Chow.

– Gdzie ona tu Chow Chowa znajdzie? — pomyślała.

Aniela zadzwoniła do niej tydzień później i powiedziała, że czeka na nią Leo. Do dzisiaj dokładnie pamiętam jak Mama przyjechała niespodziewanie do mnie do szkoły, a na tylnym siedzeniu siedział mój ukochany psiak z sercem i grzywą lwa.

Nie my wymyśliliśmy “Leo”, ale pasowało do niego. Leoś. Czasami Limon, jak mawiał mój kuzyn, lub Dingo jak wołała na niego moja żona.

Był z nami przez szesnaście-siedemnaście lat i nikt inny nigdy nie zastąpił jego miejsca.


Timba


Przedwczoraj, kilka godzin po tym jak dowiedziałem się o śmierci Taty, pojechaliśmy odwiedzić przyjaciółkę moich rodziców, aby przekazać jej złe wieści. Trzy lata temu w ich domu zawitał Timbuś — czarny labrador wyglądający jak diabeł wcielony. Jest czarny jak noc, waży ponad 45 kilogramów i wygląda jak rottweiler. Jak tylko otworzyły się drzwi to rzucił się na mnie i… przewrócił na plecy, domagając się pieszczot. Przez najbliższą godzinę nie odstępował mnie na krok, wpychając swoją uroczą mordkę gdziekolwiek się dawało, aby tylko zachęcić mnie do drapania go za uchem lub po brzuchu. Co więcej, w międzyczasie poszedł po swój “obiekt przejściowy” w postaci kocyka, którego przez większość dnia nosił w pysku.

Trzy letni, blisko 50-kilogramowy chłop.

O gołębim sercu.

Z kocykiem w ustach, którego nosi, aby czuć się bezpiecznie.

W swojej radosnej gigantyczności był tak nieporadny, tak komicznie ślizgał się na parkiecie i tak uroczo wtulał się, że od razu zdobył moje serce.

Wywołał też u mnie na twarzy uśmiech. A tego się zupełnie nie spodziewałem.