To nie apki rozwiążą każdy problem.
Niedawna konferencja prasowa Apple, choć rozczarowała mój timeline na Twitterze, to przypomniała mi, że dawno, dawno temu, w zamierzchłym 2009 roku, Apple rozpoczął kampanię iPhona 3g pod obiecującym tytułem: „There’s An App For That” Kampania zawierała w sobie sugestię, że rozwiązanie niemal każdego problemu znajdziemy za pomocą aplikacji na iPhona. Dziś wiemy, że to obietnica nie do końca spełniona, choć aplikacje stały się częścią naszego codziennego życia.
7 lat później w naszych miastach, urzędach, narasta przekonanie, że aplikacje mogą dać na mniejszą skalę to, co mityczne Smart City zawiera w sobie. Duże, złożone projekty typu systemy zarządzania ruchem, są kosztochłonne i skomplikowane we wdrożeniu, a efekty nie zawsze zgodne z oczekiwaniami. Budowa różnorodnych aplikacji wydaje się tańszą i mniej ryzykowną alternatywą eksperymentowania z inteligentnymi rozwiązaniami.
W ostatnich latach, również w Polsce wzrasta liczba software houses, firm usługowo budujących aplikacje, wielu programistów staje do konkursów organizowanych w różnych miejscach. Jest więc dostępna rzesza ludzi, firm, instytucji, którzy to zapotrzebowanie są w stanie zaspokoić w miarę szybko i sprawnie.
Popularnym przedsięwzięciem stały się różne hackathony i konkursy na aplikacje. Sam się w niektóre z nich angażuje. Obserwując je z pewnej perspektywy czasowej, chciałbym jednak pokusić się o wysłowienie kilku za i przeciw, ich organizowaniu w najczęściej spotykanej formie.
Pierwszym z tego typu przedsięwzięć był, o ile mi wiadomo, konkurs Apps for Democracy w Waszyngtonie w roku 2008. W owym czasie Waszyngton wyrastał na drugi po Dolinie Krzemowej skupisko firm technologicznych a nowy burmistrz Adrian Fenty rozpoczął program otwierania danych. W pierwszej edycji, która trwała miesiąc, lokalni programiści stworzyli i zgłosili 47 aplikacji opartych na danych w zbiorze DC Data Catalog. Pomysły twórców aplikacji były dość podobne do tych, które powstają na świecie do dziś, od aplikacji do prowadzenia wycieczek po mieście, przez alerty przestępczości, aż po monitoring pozwoleń na budowę. Konkurs wymyślił i prowadził Vivek Kundra, Chief Technology Officer w waszyngtońskim ratuszu. Podkreślał ważne zalety takiego konkursu. Przede wszystkim niewysoka cena po jakiej osiągnięto atrakcyjne rozwiązania, po drugie niezmiernie krótki czas potrzebny na budowę aplikacji. Gdyby zapragnąć zamówić te aplikacje na rynku w firmach programistycznych, Kundra szacował, że musiałby wydać ponad 2 miliony dolarów, a jednocześnie same procedury związane z zamówieniami publicznymi i przetargami, zabrałaby od roku do dwóch. Argumentacja dość celna, bo rzeczywiście, system zamówień publicznych i brak środków to główne bariery rozwoju technologicznie zaawansowanych rozwiązań.
Idea takich konkursów chwyciła i wkrótce organizowane były w całej Ameryce, w 2011 Apps for Democracy pojawiło się w Amsterdamie, rok później w Dublinie, a dziś już na całym świecie, również w Polsce, w tym oczywiście i w Gdańsku. Sporo ze zgłaszanych pomysłów jest niedorzeczna, niepraktyczna czy wręcz zrozumiała tylko dla geeków, ale trzeba przyznać, że wcielają w życie powszechne wyobrażenie o tym, czym jest Smart City w praktyce. Słusznie czy nie, większość ludzi, z którymi rozmawiam o mieście inteligentnym, kojarzy to przez pryzmat takich czy innych aplikacji. Sam Kundra odszedł wkrótce do Białego Domu i został pierwszym Chief Information Officerem Stanów Zjednoczonych w administracji Obamy.
Aby zilustrować problemy związane z aplikacjami powstającymi w takich konkursach, przyjrzyjmy się dwóm inicjatywom: jeden przykład to apka z Nowego Yorku „Trees Near You” a drugi, nasz gdański „Bank Nasadzeń Drzew” czyli BAND.


„Trees Near You”, aplikacja zgłoszona do pierwszego konkursu BigApps w Nowym Yorku. Wykorzystała istniejący spis „Street Tree Census”, który powstał dzięki pracy urzędników i 1100 wolontariuszy. Aplikacja na iPhona pozwalała dowiedzieć się wielu szczegółów o napotykanych przy ulicach drzewach, w tym również o korzyściach ekologicznych jakie przynosi każe z nich.
Warto jednak zauważyć, że spośród kilkuset aplikacji, które powstały, w ramach pierwszych edycji konkursu BigApps, tylko jedna dostała znaczące wsparcie do Venture Capital i była to niezbyt rewolucyjna aplikacja, typu miejski przewodnik po różnych zasobach — MyCityWay. Twórca „Trees Near You” Bret Camper, pomimo zdobycia wyróżnień i dużego zainteresowania mediów, wkrótce zajął się innymi projektami a ten porzucił. http://treesnearyou.com/ z powodu braku aktualizacji w 2012 r. została usunięta z App Store. Zdecydowana większość aplikacji tworzonych na potrzeby tego i innych konkursów jest porzucana w krótkim czasie po ogłoszeniu wyników. Konkursy na aplikacje to ciekawe źródło inspiracji, pomysłów, prototypów, ale miasto nie dostanie tą drogą dobrych i dopracowanych rozwiązań. Konkurs nie rozwiąże problemu dostarczania dobrej treści, rozwijania aplikacji, utrzymania jej i środków na to potrzebnych.
Zupełnie inaczej powstała gdańska aplikacja BAND. Po pierwsze powstała w odpowiedzi na dwa problemy. Jednym z nich jest brak świadomości wśród mieszkańców, w jaki sposób działają pozwolenia na wycinkę drzew w mieście, a drugim problemem był deficyt terenów, które można wskazywać jako miejsce na nasadzenia zastępcze. Co prawda aplikacja działa dopiero pół roku, ale już widać, że przyczynia się do rozwiązania obu tych problemów.
Istotną różnicą jest to, że od początku powstała we współpracy z urzędem i przeszła wszelkie możliwe formy uzgodnień, aby wysiłek zgłaszającego mieszkańca nie poszedł na marne. Po drugie, pierwsza wersja powstała jako webowy pilotaż i dopiero teraz planowane są aplikacje na Android i iOS, kiedy widać że koncept działa i sprawdza się. Wreszcie, powstała na otwartym kodzie i dostępna jest na githubie, co umożliwia dalszy rozwój aplikacji zarówno w gdańskim urzędzie jak i gdziekolwiek indziej bez licencyjnych ograniczeń. BAND jest więc aplikacją, która działa, ma zapewnione utrzymanie, rozwiązuje realne problemy i kosztuje niewiele. W takim właśnie kierunku chciałbym rozwijać nasz miejski program Smart City.


Większość aplikacji konkursowych nie rozwiązuje żadnych realnych problemów, ale daje ujście twórczym potrzebom programistów i to chyba jest największa wada powstałych w ten sposób produktów. Najczęściej jedynym warunkiem stawianym w regulaminie konkursu jest użycie, minimum jednego setu danych miejskich. Tak również jest i w naszych konkursach, oczywiście również w tych, w których byłem / jestem osobiście zaangażowany.
Z powyższych powodów postuluję, aby konkursy ewoluowały w stronę wytwarzania rozwiązań dla rzeczywistych problemów. Zbudowanie mechanizmów, które by te problemy pokazywały, objaśniały jest trudniejsze niż otwarcie zbiorów danych, ale w tym kierunku powinny iść zmiany.
Oglądam co miesiąc dziesiątki różnych rozwiązań, na większość z nich, żaden rozsądny burmistrz nie wydałby ani złotówki, widząc że dotyczą one wydumanych zjawisk… Trudno więc do końca bronić tezę, że oszczędzają one miejskie pieniądze. Poza nielicznymi wyjątkami nie są one tworzone na otwartym kodzie, więc pożytek z nich miasto ma potem niewielki. Tworzone zwykle na smartphony określonego typu, zamiast najpierw w wersji webowej, dają dostęp tylko wąskiej grupie mieszkańców.
Dodajmy jeszcze istotny problem, że duża część rozwiązań powstaje w oderwaniu od mechanizmów rządzących miastem, co powoduje, że często użytkownicy nie dostają odpowiedzi na swoje zgłoszenia, postulaty i wkrótce ich aktywność w aplikacji obumiera.
Jednym z ciekawszych obszarów gdzie może funkcjonować wiele aplikacji równolegle i gdzie użytkownicy są w stanie zapłacić za usługę, to aplikacje wspomagające transport publiczny, rowery. Ponieważ grupa docelowa jest bardzo duża, zdarza się, że równolegle funkcjonuje wiele konkurencyjnych rozwiązań. Do nich należy „jakdojade.pl” czy najnowsza aplikacja w Gdańsku „Zdążuś”. Moim zdaniem transport miejski to obszar, w którym warto inwestować publiczne pieniądze zarówno w aplikacje jak i wszelkie rozwiązania ułatwiające poruszanie się po mieście (np. wyświetlacze na przystankach i inne tego typu). Usługa ta dotyczy większości populacji miasta, kształtuje nawyki i ułatwia korzystanie z alternatywnych dla samochodów środków transportu. Technologia może też pomóc popularyzować pokonywanie krótkich odcinków pieszo lub rowerem i wreszcie może ułatwiać kontrolę crowdsourcingową nad publicznymi instytucjami, np. ZTM, ZDiZ itd.
Jestem daleki jednak od uznanie że konkursy na miejskie aplikacje nie mają sensu. Mają i warto je organizować z wielu względów. Integrują środowisko, tworzą ciekawe prototypy, edukują zarówno programistów jak i urzędników. Co ważniejsze tworzą zupełnie nowe podejście do problemów, a niektóre nawet próbują rozwiązać. Do tego dochodzą zyski promocyjne, zarówno dla miasta, podmiotów zaangażowanych jak i startujących programistów. Budują również, to co najtrudniejsze i najcenniejsze dziś, czyli zaufanie pomiędzy stronami o całkowicie odmiennych potrzebach i sposobie pracy. Sądzę, że warto jednak poddawać obecną formułę ewaluacji i zmieniać ją w bardziej przydatnym dla wszystkich kierunku.