W imieniu dam

Kobiety w końcu odzyskały głos. Niestety był to głos Anny Zawadzkiej.

Najważniejszy temat ostatnich dni: aborcja. O uwagę walczą też konie z Janowa, sędziowie z Trybunału Konstytucyjnego i premier z Islandii, ale wszyscy zostają daleko w tyle. Umysłami Polaków na dobre zawładnął projekt ustawy zaostrzający przepisy antyaborcyjne.

Nie da się ukryć, że sprawa dotyczy kobiet. To je nowe prawo sprowadza do roli inkubatorów. Kilka paragrafów ma pozbawić kobiety uczuć, poglądów i zdolności do podejmowania decyzji. Nieważne okoliczności — celem nadrzędnym ma być donoszenie ciąży. Któraś ma jakieś „ale”? Prokurator czeka za rogiem.

No więc trudno, trzeba było do debaty publicznej zaprosić kobiety. Wprawdzie była koncepcja aby sprawę załatwić w męskim (świętym) gronie, ale ostatecznie pomysł się nie przyjął. Czarę goryczy przelały protesty — w telewizyjnym studiu musiała więc pojawić się jakaś pani.

Trafiło na feministkę z włosami ułożonymi w serce. Wyszło fatalnie, do czego przyznała się nawet sama zainteresowana. Wywiad w TVN24 został przerwany w momencie, kiedy Zawadzka odpłynęła już całkiem opowiadając historię o palmie.

Jak dla mnie w całej historii z nieudanym wywiadem nie ma nic szokującego. Nie Pani Annie pierwszej zdarzyło się gadać głupoty na wizji, nie ona pierwsza nie udzielała odpowiedzi na pytania prowadzącego. Oburza mnie jednak to, że nagle jednej feministce przypisuje się rolę głosu prawie 20 mln Polek. Nagle to wszystkie kobiety znad Wisły mają się wstydzić za występ swojej „siostry”. Nieważne, że większość z nich o istnieniu Anny Zawadzkiej dowiedziała się dopiero we wtorek. Rumieńcem powinny oblać się wszystkie panie, które podzielają jakże kontrowersyjny pogląd o równouprawnieniu kobiet i mężczyzn.

Skoro wszystkie kobiety może reprezentować jedna feministka, to ciekawe kto jest przedstawicielem drugiej połowy Polski? Aż strach zapytać jak brzmi głos 20 mln mężczyzn.