W tym kraju kultura jest jednym z głównych tematów debaty publicznej

Mimo swojego wpływu na wiele sfer (edukacja, gospodarka, społeczeństwo), kultura jest często traktowana, jak piąte koło u wozu. Czasami nawet gorzej. Po części wynika to z faktów, o których pisałem w tym wpisie. W skrócie — debaty na jej temat są (mówiąc brutalnie) strasznie jałowe. Ale nie wszędzie kultura jest traktowana w taki sposób.

Przykładem takiego kraju jest Wielka Brytania. W tym roku w tym państwie odbędą się wybory parlamentarne. Walkę o głosy brytyjskich obywateli toczą głównie między sobą rządząca Parta Konserwatywna z opozycyjną Partią Pracy. Jednym z tematów poruszanych przez polityków jest rola i waga kultury.

Mocny komunikat płynie ze strony opozycji. Ed Miliband — lider Partii Pracy — powiedział ostatnio, że kiedy dojdzie on do władzy, to doprowadzi do tego, iż w brytyjskich szkołach nie zabraknie miejsca na rozwój kulturalnych umiejętności. Docelowo szkoły mają stać się “kulturalnymi czempionami dla lokalnej społeczności”. Mają one współpracować z organizacjami i klubami kulturalnymi dając możliwości rozwoju w kreatywnych obszarach (taniec, teatr, muzyka).

Pomimo zaakcentowania znaczenia kultury przez Milibanda (sam szef Partii Pracy powiedział, iż jest ona dla niego oczkiem w głowie), to nie jest on jednoznaczny w wypowiadaniu się na jej temat. Na początku tego roku stwierdził on, iż cięcia rządowe w tym obszarze są nieuniknione i nieodwracalne. W lutym Miliband wyraził swoje obawy, iż zabraknie publicznych środków na lokalne działania kulturalne. O tym, że budżet nie jest z gumy wie także kolega Eda, Chris Bryant (osoba, która ma zostać nowym ministrem kultury, jeżeli wygra Partia Pracy).

Czy w takim razie słowa szefa brytyjskiej opozycji należy brać na poważnie? I tak, i nie. Z jednej strony obietnice polityczne trzeba wziąć w nawias. Są one traktowane jak narzędzie, za pomocą którego politycy pozyskują sobie wyborców (i ich głosy). Z drugiej jednak strony warto wiedzieć, że to właśnie za czasów rządów Partii Pracy (koniec lat 90. ubiegłego wieku), koncepcja brytyjskich przemysłów kreatywnych wyszła z pomieszczeń ministerialnych i zaczęła się spełniać.

Ale nie tylko brytyjska opozycja chce przeciągnąć na swoją stronę środowisko kulturalne i przemysłów kreatywnych. Kilka dni temu brytyjski rząd ogłosił, iż chce rozszerzyć działanie ulg podatkowych (wynoszących 25%) na wszystkie kwalifikowane wydatki związane z powstaniem filmu. Do tej pory ten fiskalny instrument był nieco bardziej skomplikowany. W przypadku filmu z budżetem o wartości 40 mln funtów, 25% ulgę można było odliczyć nie od całości, ale od maksymalnie 20 mln funtów. Pozostała suma (15 mln funtów) podlegała zwolnieniom fiskalnym na poziomie 20%.

Rząd brytyjski przygotował także coś dla producentów filmów. Chce on obniżyć kryteria związane z możliwością skorzystania z ulg podatkowych. Do tej pory jednym z warunków było to, iż 25% budżetu produkcyjnego musiało zostać wydane w Wielkiej Brytanii. Po zmianach ten pułap ma wynieść tylko 10%. Ponadto rząd brytyjski chce wprowadzić dodatkowe zachęty podatkowe w zakresie tworzenia treści telewizyjnych dla dzieci.

Pomysły brytyjskiego rządu nie zostaną zaimplementowane ot tak sobie. Muszą one najpierw przejść pozytywną weryfikację Komisji Europejskiej. Czy tak się stanie — o tym dowiemy się na początku kwietnia.

Nie chodzi wcale o obietnice

Wiadomo, że wybory parlamentarne rządzą się swoimi prawami. Rzuca się w nich dużo słów na wiatr. Ostatecznie mało wychodzi z tego konkretów. Jednak wyobrażacie sobie to, aby polskie partie polityczne kiedykolwiek podjęły temat kultury, edukacji kulturalnej w swoich oficjalnych wystąpieniach? Osobiście nie mogę sobie tego wyobrazić — przynajmniej w najbliższych latach.

Po części wynika to z tego, jak media podchodzą do tej tematyki. Lub też — w jaki sposób ten temat jest im podawany. Na palcach jednej ręki mogę policzyć ilość tekstów o fundamentalnej roli kultury i edukacji kulturalnej, które pojawiły się w rodzimych mediach głównego nurtu.

Warto wiedzieć, że na świecie ten temat podejmują wpływowe ekonomiczne media. Ostatnio na łamach Financial Times pojawił się tekst Gillan Tett pt. A degree of creativity. Brytyjska dziennikarka zachwyca się rozwojem amerykańskiej edukacji opartej o model “sztuk wyzwolonych” (czegoś na kształt koncepcji STEAM). Chodzi o interdyscyplinarne kształcenie, które odpowiada na wyzwania XXI, gdzie jest miejsce nie tylko na nauki ścisłe, ale i wartości miękkie: kulturalne, kreatywne.

Chcesz skomentować ten wpis? Zrób to tutaj


Originally published at creativeindustries.co.

Like what you read? Give Marcin Nieweglowski a round of applause.

From a quick cheer to a standing ovation, clap to show how much you enjoyed this story.