Inside WeWork — jak największy startup na świecie zarabia na nowej koncepcji biura

Na otwarciu kolejnego obiektu WeWork w Londynie zagrał raper Kanye West, z kryształowego żyrandola zwisała modelka Cara Delavigne, a w fontannie prosecco omal nie utopił się chihuahua Paris Hilton.

Jest w tym opisie nieco przesady — Paris Hilton przyszła bez psa — ale WeWork, nowojorska firma wynajmująca designerskie przestrzenie coworkingowe startupom i freelancerom od San Francisco po Tel Awiw, znana jest przecież z hucznych imprez w hollywodzkim stylu.

Nowy oddział WeWork na Old Street, zagłębiu nowej przedsiębiorczości w Londynie

Założyciele WeWork mają co świętować.

Otwarcie dziesiątego juz coworkingu w Londynie i (siedemdziesiątego na swiecie) to tylko jeden z wielu powodów do radości — w marcu tego roku McKelvey i Neumann zebrali od inwestorów kolejne 430 milionów dolarów a wartość WeWork została oszacowana na 16 miliardów.

Nieźle jak na startup, który niczego nowego nie wymyślił, działa w starym biznesie nieruchomości i zmaga się z oskarżeniem o wykorzystywanie pracownikow.

Ale wynajem nowych powierzchni biurowych jeszcze nigdy nie byl tak sexy.

Długa kolejka przed nowym budynkiem na Old Street przypominała w czwartkowy wieczór wejście do elitarnego klubu. Nikt z oczekujących gości problemu z bramkarzem raczej by nie miał — młodzi, zadbani i atrakcyjni profesjonaliści wyglądali jak modele z materiałów reklamowych WeWork.

Od wejścia biła energia, kreatywność i … woń alkoholu. Przestronny lounge, który w ciągu dnia wygląda jak połączenie designerskiej kawiarni z modną galerii sztuki, przemienił się w nocny klub z didżejem, kolejką do baru i ściskiem na parkiecie. Piwo z lokalnej browarni lało sie wartkim strumieniem a na twarzy ludzi malowało błogie szczęście ludzi sukcesu po kolejnym udanym dniu w pracy.

“Powiedzieć, że WeWork to tylko kolejna przestrzeń co-workingowa, to jak powiedzieć, że Starbucks to tylko kolejna kawiarnia” napisała o firmie Fast Company, kiedy przyznawała mu tytuł „najbardziej innowacyjnej firmy w USA”.

WeWork ma misję. Od kiedy otworzył swoje pierwsze biura w 2010, stał się częścią gigantycznego ekosystemu nowej, kreatywnej ekonomii, opartej na wolnych strzelcach i małych biznesach oraz- jak zapewne chcieliby CEO i jego partner - akuszerem nowej kultury pracy: elastycznej, nieskrępowanej ograniczeniami czaso-przestrzennymi i nudną tradycją korpo-openspejsową.

Aż chce się pracować…

Bo doszliśmy do pewnego paradoksu — tradycyjne biuro z szarymi, smutnymi boksami i przygnębionymi kolegami jest martwe i nie chcemy do niego wracać. Ale przekonaliśmy się, że domowe pielesze rozleniwiają i izolują, więc pracować zdalnie też już nie chcemy. WeWork rozwiązało tą sprzeczność proponując nowe, zreorganizowane biura, które w niczym biur nie przypominają. Wyglądają za to jak ulubione miejsca w wielkomiejskim krajobrazie: kawiarnia, galerie sztuki i bary, w których lubimy przesiadywać w czasie wolnym. Dodatkowo, przestrzenie te zaprojektowane są tak, by unosił się nad głowami pracujacych duch kreatywności i otwartości, co sprawia ze łatwo jest networkować, wymieniać pomysłami i być produktywnym.

WeWork zapewnia tez biurowa infrastruktura: skanery, faksy, kserokopiarki. Na zdjeciu : niszczenie papieru made sexy

W dobie masowego rzucania pracy i ‘odnajdywania siebie’ na plaży w Tajlandii, koncept przestarzalego biura-więzienia i niesatysfakcjonującej pracy każe ludziom szukać spełnienia p o z a pracą. WeWork celebruje nową, przeorganizowaną przestrzeń biurową i gloryfikuje samo-realizację w miejscu pracy.

Misję WeWork jako miejsca, gdzie członkowie pracują, żeby żyć, a nie zarabiać (People work to make a life, not just a living) czuć na każdym metrze kwadratowym. Idąc usianym fotelami korytarzem, można podejrzeć za potrójnym szkłem szczęśliwych wybrańcow przy pracy jak skupieni omawiają projekty, stoją w półkręgu i rysują na zmywalnej ścianie tajemnicze akronimy. Ktoś stuka na macu w pozycji półleżącej na zielonej kanapie w stylu vintage i popija łyki kawy (element religijny w tym fresku) przyniesionej przez przyjaznego i hipsterskiego community manager (recepcjonistę) o zielonych włosach - łatwo pomylić to miejsce z nowym coffee shopem w Nowym Jorku, do którego się przyszło dla przyjemności.

Praca jest piękna a przestrzeń biurowa to nowa sztuka, zdaje się mówić WeWork. Ale prawdziwą tapetą, którą udekorowane są jego ściany to sukces i pieniądze.

WeWork jest niby dla wszystkich — nie stawia wymogu, jak niektóre londyńskie coworkingi, który przyjmują pod swój dach tylko startupy technologiczne — ale i nie dla każdego. Z uwagi na wysoki abonament, na luksus pracowni w tym prestiżowym coworkingu mogą sobie pozwolić tylko rozchwytywani webdesignerzy i programiści czy uznani, odnoszący sukcesy finansowe artyści.

WeWork to nie jest klimat pionierskich garaży i zakurzonych piwnic czy estetyka surowych ścian i odsłoniętych rur, zwisających z sufitu kabli i skrzypiącej podłogi, gdzie mozna sie poślizgnąć na nierównych, magazynowych schodach.

Ale od samej przestrzeni — przeszklonej, luksusowej pełnej światła — i dezajnu wykorzystującego wszystkie triki ergonomii oraz najnowsze wyniki badań nad kretywną produktywnością, ważniejsi są ludzie. Prawdziwym plusem bowiem jest doborowe towarzystwo specjalistów z prestiżowych i kreatywnych branż — od filmowej, reklamową po modę i software development.

Chwila disruption w toalecie.

Oraz wygoda. Popijając kawę można przy okazji znaleźć programistę. Relaksując się we wspólnym lobby - webdesignera, któremu zleci się nowy projekt a szczegóły łatwo uzgodni przy kuchennym stole lub na wygodnej pluszowej sofie. Członkowie, którzy mają wykupiony abonament mogą rzucać pomysłami podczas nieformalnych dni demo i uzyskać bezpłatne porady w godzinach pracy z agencją reklamową. Można szybko znależć klientów (i ich utrzymać, przespacerowując sie od czasu do czasu do innego skrzydała) i pracowników. System nieformalnych poleceń ma się tu nadzwyczaj dobrze.

Jednak przywileje, którymi cieszą się członkowie tej elitarnej społeczności, nie są dane samym pracownikom WeWork.

Choć WeWork promuje nową kulturę pracy, to sam boryka się ostatnio ze złą prasą i opinią kiepskiego pracodawcy. Głosno było w mediach na temat ciągnącego się miesiącami strajku ekipy sprzątającej, którzy protestowali przeciw głodowym stawkom i długim godzinom pracy. Mówi się, że przeszklone i glamour biura skrywają dramaty słabo opłacanego i przepracowanego personelu. Wielu spośród niezliczonej armii community managers, członków ekipy technicznej i sprzątającej, którzy w pocie czoła pracują na dobre samopoczucie i idealne warunki pracy ‘kreatywnych’ członków WeWork— rezygnuje z powodu wypalenia, stresu i złego stanu. Nie brakuje negatywnych komentarzy byłych pracowników, którzy opisuą przymus pozaproacowych spotkań i poniedziałkowych kolacji pod hasłem ‘Thank God It’s Monday’, porównując zatrudnienie w WeWork do kultu (jedna z pracownic tłumacząc swoją nieobecność na jednym z nich zobowiązaniami rodzinnymi usłyszała, że WeWork jest jej rodziną).

Zachwycające sa piękne toalety w WeWork — indywidualne i dające chwile prawdziwej intymnosci. Można tu sobie uciąć drzemkę albo poczytać darmowy magazyn o startupach i poczuć jak w domu. Ale nie o to przecież chodzi, kiedy sie płaci kilkaset funtów miesięcznie na członkostwo w elitarnym klubie profesjonalistów?

Like what you read? Give Karolina M. a round of applause.

From a quick cheer to a standing ovation, clap to show how much you enjoyed this story.