Wielki Mur Trumpski

Mogłoby się wydawać, że globalizacja świata będzie konsekwentnie pociągać za sobą coraz większą otwartość wszystkich narodów. Dość logicznie było zakładać, że gdy w miarę postępu zamazywać zaczną się granice i podziały między kulturami, człowiek będzie chciał ten proces podtrzymywać. Tymczasem współczesny świat coraz mocniej pokazuje nam, że mentalnie nadal jesteśmy jaskiniowcami, którzy pod przykrywką tradycji i patriotyzmu zastawiają wejście do jaskini wielkim głazem.

Rzadko piszę o polityce w bezpośredni sposób, głównie przez to, że nie bardzo się na niej znam. Swoje piętno odciska tutaj również ogromna niechęć do wszelkiej maści polityków. Mimo to czasami nachodzi mnie ochota do rzucenia kilku słów refleksji na temat aktualnych wydarzeń, szczególnie jeśli jest są one w jakiś sposób powiązane z tematami, na które zazwyczaj piszę. Tak jest w przypadku pomysłu nowo zaprzysiężonego prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki, czyli Donalda Trumpa. Chce on bowiem postawić na granicy z Meksykiem ogromny mur, którego przeznaczeniem będzie zatrzymywanie nielegalnych meksykańskich imigrantów już na samej granicy. Zanim pomyślicie, że Meksykanie totalnie zignorują te doniesienia, zerknijcie na świeżego jeszcze tweeta pewnej podróżniczki, która aktualnie przebywa właśnie w Meksyku.

Swoją decyzję Trump uzasadnia nieco mgliście, mówiąc, że meksykańscy imigranci zabierają pracę rodowitym Amerykanom. “Rodowitym” oczywiście w cudzysłowiu, wszak USA istnieje zaledwie niecałe 250 lat. Kilka pokoleń. Ale niech będzie, świat już przyzwyczaił się do tego, że współcześni amerykanie uważają się za jedynych, prawowitych dziedziców swoich ziem. Topór wojenny z Indianami został niedawno ostatecznie zakopany. Nachodzi mnie jednak prosta refleksja. Skoro ci “prymitywni, niedouczeni, nieumiejący nic zrobić” imigranci “zabierają” komuś pracę, to jak bardzo ten ktoś musi być do dupy? Słuszną uwagą jest, że prawdopodobnie tacy imigranci wykonują tę samą pracę za mniejszą pensję, ale wtedy wina zaczyna leżeć po stronie chciwych pracodawców, a nie imigrantów. Przypomina mi to trochę sytuację Polaków w Wielkiej Brytanii, wszak o nich też mówi się, że zabierają pracę Anglikom. Co z tego, że pracują ciężej, często na stanowiskach, na których rodowici Anglicy nie chcą pracować? Polacy zabierają pracę i kropka.


Nie chcę zagłębiać się w kwestie ekonomiczne, bo absolutnie się na tym nie znam, patrzę natomiast na temat z perspektywy czysto społecznej. Historia już wielokrotnie pokazała nam, że kiedy ktoś zaczyna odgradzać się od innych murem obojętności i nienawiści, nie kończy się to dobrze. Ludzie serio zapominają, że nacjonalizm i faszyzm przejawiany przez wielu nowych, współczesnych przywódców, doprowadziły do wybuchu dwóch najstraszniejszych wojen w historii człowieka. Wojen, po których świat nadal się nie otrząsnął, skoro z Wrocławia do Wiesbaden wyruszył właśnie samochód z bilboardem przedstawiającym hasło #GermanDeathCamps. Naprawdę, niecałe osiemdziesiąt lat wystarczy, żeby świat zapominał tak tragiczne wydarzenia? Momentami mam wrażenie, że ludzie nie powinni zasługiwać na cały ten postęp technologiczny, dopóki nie uporają się ze swoimi psychologicznymi problemami.


Trump mówi, że oprócz postawienia muru, zabierze wizy przybyszom z krajów ogarniętych wojnami i terroryzmem. Inaczej mówiąc, pozostawia Bliski Wschód samemu sobie, chociaż oczywiście działania wojenne ze strony amerykańskiego wojska wcale nie ustaną. Ponownie nie chcę tutaj wchodzić w szczegóły, ale naprawdę, tak całkiem serio — dlaczego ludziom się to podoba? Wiem, że fajnie jest zasłonić rolety, przekręcić zamek w drzwiach i schować się pod ciepłym kocykiem, ale kiedyś musi wreszcie nadejść czas, by człowiek zrozumiał, że podziały na zasadzie pochodzenia, koloru skóry, religii i tradycji to podziały sztuczne. Tak naprawdę na dalszą przyszłość są tylko dwa scenariusze. Albo ludzkość zrozumie, albo zniszczy samą siebie. Nie będzie trzeciej drogi. I nie można całej odpowiedzialności zrzucać na ludzi pokroju Trumpa, bo on o swoich nacjonalistycznych planach mówił cały czas. A mimo to ludzie go wybrali.

Show your support

Clapping shows how much you appreciated Tomek Woźniak’s story.