

Wohnmobil
Kiedy byliśmy dziećmi, latem, między budynkami naszego wielkopłytowego podwórka zatrzymał się samochód kempingowy z niemiecką rejestracją. Wtedy akurat widok takiego samochodu robił wrażenie, a w szczególności na takich maluchach jak my.
Dokładnie nie pamiętam ile mogliśmy mieć wtedy lat, ale wiem jedno, że byliśmy tak podekscytowani zaistniałą sytuacją, że zaprzestaliśmy na chwilę naszych eskapad po dachu najdłuższego z wieżowców.
Dom na kółkach, ogromny, biały, z wielkim oknem, takim jak w tych samochodach w których sprzedaje się różnej maści potrawy z mięsa czy zapiekanki z tym co obok mięsa leżało. Okno które było otwierane uchylnie do góry odsłaniało bardzo dobrze wyposażoną kuchnię. Pod oknem stał stolik i dwa krzesełka, a na tych krzesełkach siedzieli sobie starsza pani wraz ze starszym panem i przygotowywali sobie coś do jedzenia.
Dlaczego akurat wybrali sobie nasze podwórko i nasz parking, tego nie wiem do tej pory.
Kiedy jest się dzieckiem, wrażenia funkcjonują inaczej, teraz przechodząc obok auta, które mi się bardzo podoba, rzadko powiem na głos coś w stylu “wow”, częściej w myślach, zawieszę wzrok i pójdę dalej. Wtedy się krzyczało, biegało w kółko i mówiło o tym każdemu napotkanemu człowiekowi, tym bardziej takiemu, którego się nie znało. Tak właśnie skakaliśmy wokół auta, kiedy to starsze państwo oddawało się posiłkowi, siedząc na przeciwko siebie przy oknie. A kiedy już zakończyliśmy nasze bojowe, indiańskie tańce i podskoki wokół wehikułu, stwierdziliśmy, że trzeba nawiązać kontakt z cywilizacją pozaziemską i przelatując pod oknem rzucaliśmy gromkie i dumne “good morning”, dodając czasem do tego jakieś “one”, “two”, “three” zaczerpnięte od Wielkiego Ptaka z angielskiej wersji “Ulicy Sezamkowej”.
Nawiązaliśmy kontakt, odpowiedzieli i zamachali dłonią z kanapką w ręku.
Nie można było tego tak po prostu zostawić. Nasza ekspedycja musiała szybko sięgnąć asa w rękawie, jakim była instytucja starszej siostry, poważnej, będącej już w czwartej klasie podstawowej i uczącej się języków obcych, zachodnich. Kiedy tak dumaliśmy nad tym o co zapytać, jeden z nas wpadł na pomysł, że powinno to być coś co będzie wielkim krokiem w nawiązaniu kontaktu, zbudowaniu więzi i dialogu, dlatego chcieliśmy się dowiedzieć “what time is it”, i żeby nie zapomnieć tak złożonego zdania, zapisaliśmy je sobie fonetycznie na kartce, zieloną kredką.
Była szesnasta.
Drogie państwo nasyciło się posiłkiem, złożyło stolik i oparłszy się o okno wdało się z nami w dialog. Oczywiście zapytali jak mamy na imię, my im odpowiadaliśmy doskakując co jakiś czas do siostry instytucji zapisując kredką na kartce pytania i odpowiedzi. Pamiętam, że kontakt trwał jeszcze dobre pół godziny. Przy ostatnim doskoku siostra powiedziała, by już ich zostawić w spokoju, ale my nie chcieliśmy. Kontakt z obcą cywilizacją, która posiada samochód z rewelacyjnie wyposażoną kuchnią, dużym oknem i sympatycznym uśmiechem pełną klawiaturą, gdzie jeszcze szlifujemy wspólnie język, musiał trwać.
Powiedzieli, że muszą już jechać do domu. Spakowali wszystko co mieli i zaproponowali mi, abym pojechał z nimi…
“Komm mit uns Peter, komm, komm…”
Odmówiłem, pożegnaliśmy się, pomachaliśmy i odjechali.
Nigdy nie wracałem myślami do tej sytuacji, aż do teraz, “a co gdybym wsiadł”? Oprócz tego, że zrobiłbym najbardziej niemądrą rzecz w moim życiu, to czy pojechaliby dwie ulice dalej i mnie wysadzili, czy może jednak trochę dalej i przemyciliby mnie do Niemiec (bo wtedy jeszcze sprawdzano paszporty i trzepano samochody na granicy)? Kto by sprawdzał miłe starsze państwo i podejrzewał o to, że wzięli sobie po drodze jakiegoś malucha w krótkich spodenkach. Koledzy pewnie powiedzieliby po miesiącu o tym co się wydarzyło, bo tak zazwyczaj dzieciaki robią, bojąc się konsekwencji, a tych to ja sam nie jestem w stanie sobie wyobrazić.
Dobry temat na książkę lub film.
Może opublikowałbym ten wpis po niemiecku…
Kiedy byliśmy dziećmi, byliśmy mądrzy.