Wrocław otworzył ESK 2016. Miało być pięknie, wyszło jak zwykle

To nie była kompromitacja, ale też mogło być znacznie lepiej. Po pochodzie duchów Wrocławia na inaugurację Europejskiej Stolicy Kultury 2016 zostało wiele świetnych wrażeń, ale — jak to w mieście bywa — nie zabrakło wielu gorzkich “ale”.

Na wstępie zaznaczę to, co najważniejsze. Celem tego tekstu nie jest wystawienie cenzurki pochodowi otwarcia Europejskiej Stolicy Kultury 2016 we Wrocławiu. Na recenzowanie tego wydarzenia przyjdzie jeszcze czas, podobnie jak na wystawienie świadectwa całemu wrocławskiemu ESK. Im więcej wydarzeń pod szyldem ESK będzie za nami, tym więcej będzie podstaw do formułowania klarownych ocen. Dlatego to, co napiszę, jest jedynie zbiorem wrażeń uczestnika jednego z pochodów zorganizowanych w ramach wrocławskiego Przebudzenia na inaugurację Europejskiej Stolicy Kultury 2016 we Wrocławiu.

W ramach Przebudzenia, które odbyło się 17 stycznia br. Wrocławiu, przygotowano cztery pochody, nazwane pochodami duchów. Każdemu z nich patronował duch o innej nazwie. Każdy z duchów nazwą nawiązywał do ważnych części tożsamości Wrocławia. Z Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lądowych przy ul. Czajkowskiego wyruszył Duch Innowacji, z zamkniętej zajezdni tramwajowej Dąbie na Biskupinie ruszył Duch Powodzi, remontowana na potrzeby muzeum powojennej historii Wrocławia dawna zajezdnia autobusowa przy ul. Grabiszyńskiej posłużyła jako miejsce rozpoczęcia pochodu Ducha Odbudowy, a czwarty pochód — Wielu Wyznań — rozpoczął się w dawnej zajezdni i warsztatach tramwajowych przy ul. Legnickiej. Wszystkie pochody wyruszyły w drogę o tej samej godzinie. Planowo miały zrobić to o godz. 16, ale wszystko opóźniło się o kilka minut. To zresztą nie dziwi, bo było to olbrzymie przedsięwzięcie logistyczne, a przy takich rozmaite obsuwy czasowe nie należą do niespodzianek. Zbiórkę zaplanowano w Rynku, gdzie pochody miały się spotkać, niejako spleść ze sobą i tam też przygotowano uroczysty finał wydarzenia.

Wspólnie z rodziną wybrałem się na pochód Ducha Wielu Wyznań. Nie tylko dlatego, że miałem najbliżej, bo mieszkam w dzielnicy Fabryczna, a organizatorzy pochodów namawiali do udziału w wydarzeniu osoby z Fabrycznej sympatycznym i inteligentnym hasłem, że czas na fajrant. Mit o wielokulturowości Wrocławia i budowanej na niej otwartości miasta jest mi bowiem bliski. Wierzę w sens codziennego dokładania do tego mitu kolejnych opowieści oraz gestów, zwłaszcza w czasach, gdy we Wrocławiu, w Polsce i w Europie hydra szowinizmu, ksenofobii i rasizmu podnosi swój ohydny łeb. Dlatego udział w pochodzie Ducha Wielu Wyznań był dla mnie symbolicznym gestem poparcia dla tej sfery wrocławskiej wrażliwości.

Zanim pochód ruszył, przy dawnej zajezdni tramwajowej przy ul. Legnickiej w powietrzu gęsto było od ciekawości, dobrych emocji i ekscytacji. Dało się wyczuć, że wrocławianie są ciekawi tego, co zaraz się wydarzy, że chcą wziąć udział w ważnym dla miasta wydarzeniu i dołożyć do niego swoją cegiełkę. I przyszli, mimo dokuczliwego chłodu. Zima okazała się być nieczuła na rangę wydarzenia i w weekend otwarcia ESK 2016 we Wrocławiu odkręciła kurek z mrozem. Mimo to, pod zajezdnią przy ul. Legnickiej stawiły się całe rodziny z dziećmi. Wg szacunków magistratu, we wszystkich pochodach udział wzięło prawie 120 tys. ludzi! To piękne i ważne, bo pokazuje, że w mieszkańcach Wrocławia drzemie dobry duch. W pamięć mocno zapadł mi też moment, gdy otworzyły się drzwi zabytkowych hal tramwajowych, rozbłysły w nich światła i na szynach pojawił się stary tramwaj, ozdobiony specjalnie na tę okoliczność. Wtedy gwar zaciekawionych ludzi ustał, jak ręką odjął i zrobiło się cicho, ekscytację zastąpiła ciekawość oraz przejęcie tym, co prezentują artyści.

Szybko okazało się, że trasa pochodu Ducha Wielu Wyznań jest bodaj najlepsza ze wszystkich przygotowanych w ramach Przebudzenia. Ul. Legnicka jest bowiem bardzo szeroka, drogi tam mają po kilka pasów ruchu zarówno w stronę centrum, jak też w kierunku Leśnicy. Dlatego można było przyglądać się pokazom artystycznym nieco z boku, idąc po drugiej stronie jezdni. To ważne, bo gdyby maszerować tuż za specjalną platformą, która otwierała pochód, marne byłyby szanse na to, aby cokolwiek zobaczyć lub usłyszeć. Za to idąc po drugiej stronie marszu, dało się co nieco zauważyć, usłyszeć i zrobić pamiątkowe zdjęcia. Eksperymentowałem też z transmisją na żywo, używając do tego aplikacji Periscope. Te nagrania wzbudziły ciekawość twitterowiczów, ale z drugiej strony — słuszna okazała się uwaga bliskiej mi osoby, że lepiej przeżywać to wydarzenie samemu zamiast filtrować je przez ekran smartfonu. Dlatego transmitowałem na wyrywki, skupiając się na tym, co było widać, słychać i czuć.

Niektóre z wydarzeń, które przygotowano w ramach pochodu Ducha Wielu Wyznań, zapierały dech w piersiach. Piszę te słowa mimo założenia, żeby do relacji z tego wydarzenia podejść maksymalnie na chłodno, z dystansem. Podświetlony gmach Muzeum Współczesnego Wrocławia, chór śpiewający na dachu tego poniemieckiego bunkra, anielski pył unoszący się w powietrzu… To wszystko robiło fenomenalne wrażenie! Widać było, że dla wielu użytkowników pochodu był to przejmujący, dotykający głębokich emocji pokaz. I w wielu domach w okolicznych blokach otworzyły się okna, a mieszkający tam ludzie robili zdjęcia lub po prostu przyglądali się z zaciekawieniem temu, co tak nagle przełamało banalność tej miejskiej przestrzeni, którą tak dobrze znają.

Kolejny chór zaśpiewał kilkaset metrów później, przy gmachu Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Jeszcze nie zdążyła wybrzmieć dobrze muzyka z MWW, a tu już chórzyści zaprosili uczestników podchodu do podróży z kulturą przez duże K. Emocje rosły, wzruszenie rosło, chłód stał się jakby mniej dokuczliwy. Byliśmy razem, jako wrocławianie, razem zamieniliśmy ruchliwą na co dzień ul. Legnicką w przestrzeń dla sztuki.

Kolejne przystanki na trasie podchodu to kolejne wzruszenia. Artyści zagrali, stojąc na kładce dla pieszych rozciągniętej nad ul. Legnicką przy skrzyżowaniu z placem Solidarności i ul. Nabycińską. Ten pokaz miał potężną moc, bo towarzyszyła mu gra świateł. Dzięki niej, paskudne wieżowce przy ul. Nabycińskiej i Dobrej, które chciałoby się zakryć płachtą, by przestały straszyć swoją brzydotą, na kilka chwil zmieniły się w artystyczne budowle. Świata, muzyka, śpiew chóru — ta mieszanka robiła bardzo duże wrażenie, wywierając nieco magnetyczny wpływ.

fot. Łukasz Maślanka.

Chciało się wtedy jak najszybciej dojść do Rynku, aby spotkać się z uczestnikami pozostałych pochodów i razem zwieńczyć to artystyczne dzieło. Najpierw jednak na gości podchodu czekał kolejny występ chóru, tym razem na placu Jana Pawła II. Tam pokaz muzyki połączono z grą świateł, które oświetliły remontowane obecnie budynki po dawnym szpitalu im. Babińskiego. Cienie rzucane na te wypatroszone od środka, puste gmachy robiły niesamowite wrażenie. W tamtej chwili wszystko było sztuką, każdy skrawek miejskiej przestrzeni żył, wyrywał się z miejskiej codzienności. Wrażenie niezapomniane, a jednocześnie szokujące — także przez kontrast, bo to miejsce, przez które dziennie przejeżdżają tysiące wrocławian, mimo wszystko banalne i dobrze znane. A przez kilka minut podczas pochodu Ducha Wielu Wyznań stało się kolejnym pretekstem do artystycznych wariacji.

To był ostatni przystanek przed Rynkiem, gdzie pochody wrocławskich duchów miały się spotkać i wspólnie spiąć to wydarzenie artystyczną klamrą. Styczniowy chłód dawał się już we znaki, ale ciekawość tego, co przygotowano w finale, pozwalała wytrwać. A skoro przeszło się już taki kawał drogi, to chciało się też zwyczajnie dotrwać do końca pochodu.

Tutaj jednak zaczęły się schody i zgrzyty. Okazało się, że uczestnicy pochodu wcale nie mają otwartej drogi na Rynek. Mało tego, trzeba było kombinować, bo ochrona miała instrukcję, aby nie wpuszczać pod Ratusz. Co sprytniejsi przechodzili przez Empik, wchodząc tylnym wejściem i trafiając prosto w serce miasta. Ale wielu innych uczestników podchodu drogi na Rynek od ul. św. Mikołaja musiało szukać aż w okolicach ul. Oławskiej. Kto zna Wrocław, ten wie, że było to bardzo irytujące. Irytująca była też sama idea grodzenia Rynku barierkami i ochroniarzami podczas święta kultury, które miało wrocławian otworzyć na kulturę właśnie, na tożsamość miasta, na jego historię. Względy bezpieczeństwa są zrozumiałe, ale stosowanie takich zabezpieczeń podczas święta otwartości jest równie sensowne jak PiS-owskie rąbanie Trybunału Konstytucyjnego i przekonywanie ustami prokuratora robiącego karierę w PRL, że to jest właśnie demokracja.

Ale gdy już udało się przedostać na Rynek, okazało się, że barierki to tylko lekki zgrzyt. Finał opóźnił się bowiem o mniej więcej godzinę! I tego było już za wiele — oczekiwać od ludzi (także od rodzin z dziećmi), aby stali na mrozie, po prawie dwóch godzinach marszu, by czekali na coś, co nastąpi w bliżej nieokreślonym czasie. Irytujący był konferansjer, który apelował, aby odejść spod gmachu Banku Zachodniego i zostawić nieco miejsca na przejazd platformy z podchodu. Niesamowicie irytujący był brak jakichkolwiek informacji, jakie są przyczyny opóźnienia, jak długo potrwa i kiedy wreszcie zacznie się finał. To sprawiło, że wiele osób straciło cierpliwość, wyszło z Rynku i finałowej części Przebudzenia nie doczekało. To zresztą szczęściarze, bo od pewnego momentu ochrona… nie chciała wypuszczać ludzi z Rynku!

Gdy wybrzmiewały echa Przebudzenia okazało się, że wpadek organizacyjnych było więcej. Tam zepsuła się platforma z duchem i trzeba było ją naprawiać na szybko, gdzie indziej platforma nie zmieściła się pod wiaduktem kolejowym, co sprawiło, że trzeba było ją bardzo szybko obniżać, co zatrzymało cały pochód… Wielu gości pochodów skarżyło się, że występów artystów często nie było słychać ani nie dało się ich zobaczyć. Mało tego — sami twórcy narzekali, że przez błędy organizacyjne nie zawsze mogli realizować program, tylko improwizowali. A już wisienką na torcie była informacja, że podczas finału Przebudzenia na Rynku przez dłuższy czas brakowało prądu, co odbiło się na programie artystycznym wydarzenia, bo… w jednej ze stacji transformatorowych we Wrocławiu kuna wywołała zwarcie instalacji! Za te wszystkie błędy wrocławian przeprosił sam prezydent Rafał Dutkiewicz, przeprosiny wystosował też reżyser wydarzenia Chris Baldwin. I nic dziwnego, bo oczekiwania były wielkie, ale wyszło bardzo po wrocławsku — mogło być fajne, ale został niesmak oraz wielkie “ALE”.

To zresztą taka wrocławska przypadłość, znana od kilku dobrych lat, że projekty z ogromnym potencjałem rozbijają się o rafy niedociągnięć, wpadek, zaniedbań. Mamy nowe tramwaje? Tak, ale są to wozy co najwyżej przeciętne, można było lepiej wydać pieniądze na tabor od innej firmy. Mamy nowy stadion? Świetnie, ale kosztował masę pieniędzy, Najwyższa Izba Kontroli w raporcie dotyczącym tej inwestycji wyliczyła niedociągnięcia finansowe liczone w setkach milionów złotych. Pomogliśmy piłkarzom Śląska Wrocław odbić się od dna? Fajnie, ale przez błędy właścicieli zespół znowu zaczyna szorować po dolnej części tabeli Ekstraklasy i czeka go walka, by z hukiem z niej nie zlecieć. Mamy system ITS na ulicach miasta? Fajnie, ale działa on tak, że narzekają wszyscy: kierowcy aut, a także miejskich autobusów i motorniczowie tramwajów. Miał ITS usprawnić jazdę komunikacją miejską? Zrobił to tak, że nawet w MPK narzekają na efekty. We Wrocławiu dzieje się dużo, miasto ciągle ma pomysły, a prezydent Dutkiewicz — po kilku latach utraty społecznego słuchu — zaczął na nowo liczyć się ze zdaniem aktywistów lub po prostu mieszkańców miasta. Tylko zawsze jest jakieś “ale”.

Daleki jestem od malowania pochodu Przebudzenie ESK 2016 we Wrocławiu jako totalną klęskę. I daleki jestem od zgodzenia się z opinią, że miał być hit na skalę europejską, a wyszedł gniot, za który można tylko opuścić głowę ze wstydem i załamać ręce. To było ogromne przedsięwzięcie. Zorganizowanie czterech równoległych pochodów w czterech różnych częściach Wrocławia to spore wyzwanie logistyczne, które trudno było przetestować w realnym działaniu, bo wymagałoby to np. zamykania ulic Wrocławia dla aut. Dlatego to było zadanie na tzw. jeden strzał — ruszamy z pochodami i idziemy do Rynku. Usterki mogły się zdarzyć lub nie — pech chciał, że się przydarzyły, tak jak awarie platform z duchami.

Nic jednak nie usprawiedliwia organizacyjnej farsy dotyczącej finału pochodów w Rynku. I szalenie aroganckie jest twierdzenie, że finał można było przecież obejrzeć na żywo w internecie. Gdyby wrocławianie chcieli go obejrzeć na YouTube, to nie wzięliby udziału w pochodzie. A szli, by mimo chłodu pokazać, że ESK 2016 we Wrocławiu jest dla nich ważne. To należy uszanować i docenić, a także przeprosić za wpadki, co zresztą słusznie wyczuł prezydent Dutkiewicz.

Wierzę, że w grudniu 2016 r., gdy ESK we Wrocławiu będzie dobiegało końca, wrażenia po tym projekcie będą takie, jak po pochodzie Przebudzenie, gdy dotarł on do Rynku. Wierzę też, że ten pomysł trafi na podatny grunt i spełni się jeden z głównych celów, który postawiono we wrocławskiej aplikacji do tytułu ESK 2016, czyli wzmocnienia społecznych więzi mieszkańców miasta, głębszego zaangażowania ich w jego życie oraz w kulturę. Ogromna frekwencja podczas pochodu wskazuje, że ten cel jest osiągalny.

Byle tylko traktować ludzi poważnie.