Fot. Atlas Green, Unsplash

Podróż

Wszystko spowijała jeszcze mgła. Nie było już ciemno, choć słońce jeszcze się nie przebijało przez aurę świtu. Mimo tak wczesnej pory, przy drodze szła postać. Bluza z nasuniętym kapturem, staromodny plecak, na nogach trapery. Nie oglądał się w żadną stronę, szedł pewnym krokiem. W ręce trzymał butelkę wody. „Podróżnik”, jak zwykł o sobie mawiać. Widać było, iż szedł z własnego zapału, nie „bo musiał”. Krok jak krok, można by pomyśleć. Albo idziesz, albo nie. Jednakże, jeśli popatrzeć na idących ludzi, łatwo rozróżnić typy ich kroku. Jedni idą, bo się dokądś spieszą, gdzieś muszą być. Inni idą, bo chcą coś ominąć. Jeszcze inni zmierzają dokądś bardzo powoli, kroczek za kroczkiem. Są też tacy, którzy po prostu idą. Taki był Podróżnik.


Gdy któregoś dnia siadł w barze, pijąc piwo, dosiadł się do niego jakiś mężczyzna. Nazwijmy go „Kierowcą”.
 — Obserwuję cię już jakiś czas — powiedział. — Często tędy jeżdżę i widzę cię, jak nieustannie idziesz. Czasem widuję rozbity gdzieś malutki namiot. Czemu idziesz?
 — Widzisz. Miałem kiedyś plany. Miałem ambicje. Miałem pieniądze. Miałem firmę. Odnosiłem sukcesy. Miałem kiedyś, mógłbyś rzec, wszystko. Aczkolwiek im bardziej się w tym zanurzałem, tym bardziej pojmowałem, że mam ani krzty szczęścia. Że wmawiam sobie, że jeszcze kawałek, jeszcze chwilka, momencik i już znajdę ten moment, w którym nic mnie nie będzie już obchodzić i będę mógł robić, co chcę. W końcu zrozumiałem, że wciąż jest to „jeszcze trochę”, ale gdy ja się przesuwam do przodu, ta granica robi to wraz ze mną, a nawet idzie dalej. W rezultacie wcale się do niej nie zbliżałem, a im bardziej to dostrzegałem, tym bardziej mnie to dobijało. Przyszedł dzień, w którym pojąłem, że zaczynam spadać. Że zbliżam się do dna. Że katuję się, zabijam dzień po dniu, odbieram sobie całą radość i że tak dalej będzie aż do momentu, w którym tego nie wytrzymam i nie skończę wszystkiego naraz. Wciąż jestem pod wrażeniem tego, że udało mi się to dostrzec odpowiednio wcześnie. Gdy zdałem sobie z tego sprawę, odkopałem stary plecak, wyciągnąłem z szafy bluzę, zdjąłem ze strychu namiot, śpiwór. Wziąłem, czego potrzebowałem, po czym ruszyłem. Od tamtej pory idę.
 — Dokąd? — spytał Kierowca, wyraźnie zaciekawiony.
 — Nie wiem. Czy to ważne? Idę szukać siebie. Gdy znajdę, zostanę. Tymczasem przemierzam drogi, przemierzam ścieżki, przemierzam lasy. Zmierzam w nieznane i to mnie napędza. Idę i to, że idę, daje mi energię, by iść dalej. Ludzie różnie mnie widzą, czasem ze mną porozmawiają, pomogą, życzą powodzenia, czasem mnie nazwą dziwakiem, zwyzywają, przegonią, pobiją. Cóż to mnie jednak obchodzi? Jestem podróżnikiem. Liczy się tylko droga.

– Nie masz czasem poczucia bezsensu tego, co robisz? — Teraz już całkowicie pochłonęła go rozmowa. Bezwiednie przystawiał od kilku minut pusty kufel do ust, po czym pociągał z niego nie wiedzieć co (bo piwa dawno tam nie było).
 — A ty? W pewnym sensie mam wrażenie, że moja droga ma więcej sensu niż to wszystko, co wy robicie. Ja nie mam celów, po prostu idę, mając nadzieję na znalezienie siebie przy okazji. Ty próbujesz złapać wszystkie sroki za ogon, chcesz mieć pieniądze, mieć szczęśliwą rodzinę, mieć czas dla przyjaciół, mieć dobre wykształcenie, mieć spokój, mieć szczęście, ale tak naprawdę nie masz pojęcia, jak zyskać choćby jedną z tych rzeczy. Robisz coś dzień w dzień i liczysz na to, że pewnego dnia wszystko się po prostu ułoży, każdy trybik zaskoczy i wszystko zadziała tak, jak powinno. Nie twierdzę, że tak nie będzie, kto wie, może takie cuda się zdarzają. Mnie to nie spotkało, musiałem wziąć swój los w swoje ręce. Teraz natomiast jest tylko droga i to czyni mnie prawdziwie szczęśliwym. W końcu robię coś, co chcę robić. Nie pożądam ciągle więcej, daję się nieść prądowi rzeki, w którą jednak sam wskoczyłem. To daje mi odpowiednio zbalansowane poczucie kontroli i poczucie losowości. Nie wymagam, nie mogę więc też być zawiedziony. Nie jest dobrze, nie jest źle. Po prostu… jest.

Po tych słowach oboje zamilkli. Gdy szli do swych pokoi, Kierowca powiedział:
 — Ciekawie było cię poznać. Nie spotkamy się już, prawda?
 — Nie.
 — Ciekawy gość z ciebie. Dałeś mi do myślenia.
 — To było moją intencją. Bywaj. Szerokiej drogi.
 — Bywaj, wzajemnie.

Ani się obejrzał, Podróżnika już nie było.


Kierowca został z tyłu, on zaś szedł dalej. Tak idąc, trafił do miasta. Miast nie lubił, zbyt dużo nieszczęśliwych i nieświadomych swego nieszczęścia ludzi tam widział, chodził więc bocznymi uliczkami, starając się przejść przez nie jak najszybciej. W jednej z takich uliczek trafił na młodego, acz potężnego mężczyznę. Mówmy o nim „Siłacz”. Siłacz akurat ćwiczył, a że nadeszła kolej na ćwiczenie boksu, złapał mniejszego od siebie o połowę chłopaka i trenował ciosy na jego ciele.
 — Czemu go bijesz? — zapytał Podróżnik.
 — Bo mogę. On jest słabszy, ja jestem silniejszy. Przetrwają silniejsi, on nie pasuje. To naturalne.
 — Naprawdę tak uważasz? Przecież trafi się ktoś słabszy od niego. Wtedy on będzie silniejszy. Tamten z kolei będzie silniejszy od innego. I tak dalej.
 — Co z tego? Ja jestem silniejszy od wszystkich. Koniec końców będę tylko ja.
 — Dopóki nie przyjdzie taki, który będzie silniejszy od ciebie. Na nic wtedy będą nawet twoje ciągłe ćwiczenia, wtedy upadniesz i ty.
 — Nie ma tu silniejszego ode mnie, każdy to wie. Jestem tu ja i niedługo nie będzie nikogo innego. Wszyscy inni są słabsi, czyli są gorsi. Ja jestem najlepszy. Powinienem być tylko ja.
 — Jestem Podróżnikiem, chodzę sam i lubię być sam, ale nawet ja nie chciałbym żyć jako jedyny na świecie.
 — A ja chcę. Jestem najsilniejszy, dam radę.
 — Najsilniejszy jesteś w ręce. Jednak inni są od ciebie silniejsi w umyśle, w piórze, w kredce czy w nożu kuchennym. Wszystkiego naraz robić nie będziesz w stanie. Doceń więc to, że nie każdy musi być najlepszym w walce, by mieć prawo do życia. Każdy jest najlepszy w czymś innym. Każdy jest w czymś innym najsilniejszy. Ty w walce, a może ten, którego bijesz, w wytwarzaniu rękawic do walki? Cóż byś począł bez nich? Spójrz czasem szerzej, poza czubek swego nosa.

Podróżnik zostawił Siłacza, który z rozdziawioną szczęką trawił informacje, sugestie, rady mu dane.


Szedł dalej. Trafił do parku; zawsze lubił parki. Gdy tak przemierzał ten konkretny, zauważył na ławce chłopaka. Nazwijmy go Niezdecydowanym. Siedział tak, pogrążony w myślach.
 — Zwykle nie mam w zwyczaju przerywać takich rozmyślań, jednakże powiedz, co cię trapi? — zapytał Podróżnik.
 — Mam przed sobą trudny wybór. Stoję przed wielką szansą. Jedyne, co muszę zrobić, to mały krok, jednak waham się, przerażają mnie możliwe konsekwencje.
 — A co czujesz? Czy twoje serce podpowiada ci, by się na ten krok zdecydować?
 — Chyba tak, tak, tylko… boję się.
 — Wiesz, co cechuje strach? Występuje on tylko dopóty, dopóki czegoś nie znamy. Gdy staniemy z tym twarzą w twarz, strach znika. Nie ma dobra bez zła, nie ma światła bez ciemności, zawsze będzie ta ciemniejsza strona. O to jednak w życiu chodzi, by podejmować to ryzyko, postawić czasem wszystko na ostrzu noża. Ja rzuciłem wszystko i ruszyłem w drogę bez wyznaczonego celu, bo wiedziałem, że tylko tak mam szansę odnaleźć siebie. Warto czasem postawić wszystko na jedną kartę. Powiedz, chciałbyś żyć z poczuciem niewykorzystanej szansy?
 — Nie wydaje mi się.
 — Tak też myślałem. Ruszaj za głosem serca. Jeśli intuicja podpowiada ci, byś podjął ten krok, zaufaj jej i go podejmij! Nigdy nie możesz być do końca pewien, co się wydarzy. Jednak czyż nie jest to piękne? Życie byłoby nudne, gdybyś z góry mógł być wszystkiego pewien, nie uważasz?
 — Coś w tym jest.
 — Ten pierwiastek niepewności, on popycha nas do działania. Ryzyko wyzwala adrenalinę, a pod jej wpływem czujesz się wolny. Łamiąc własne bariery, przekraczając wyznaczone przez siebie granice, wtedy dopiero czujesz, że żyjesz. Musisz pojąć, że często nie robisz tego dla celu. To znaczy, dla niego też. Aczkolwiek w mniejszym stopniu. Przede wszystkim robisz to dla samej czynności, dla uczuć, które będą towarzyszyć ryzykowaniu, dla tego dreszczyku emocji. Albo wyjdzie, albo nie. Jakież ma to jednak znaczenie, gdy próbując, możesz poczuć się tak dobrze, jak przy niczym innym. Powiem ci coś jeszcze. Jeśli w ogóle to rozważasz, znaczy to, że twoje serce ciągnie do tego ryzyka. W głębi siebie chcesz wyrwać się ze stagnacji i coś zmienić. By, przy okazji, poczuć życie we własnych rękach, chwycić je mocno za gardło i chwilę potrzymać, nim znów się wymsknie niczym piach z garści, co jednak jest nieważne. Liczy się tylko ten jeden moment, w którym czujesz je, jak pulsuje ci w dłoni. On zastępuje wszystko inne.

Podróżnik ruszył dalej z poczuciem, że Niezdecydowany nie pozostanie już długo Niezdecydowanym.


Na skraju miasta spotkał Artystę. Poznali się nawzajem z daleka, każde rozumiało drugiego. Artysta siedział na kamieniu, zapatrzony w góry, na kolanie miał notatnik, w ręku pióro. Zapisywał coś, a gdy docierał do końca strony, wyrywał ją, wyrzucał i pisał od nowa.

– Nie mogę znaleźć — zaczął sam. — Nie mogę znaleźć swojego dzieła. Zgubiłem je gdzieś w głowie i szukam, ale nie mogę znaleźć. Kiedyś wydawało mi się, że już je mam, ale nagle się rozpłynęło. Więc go szukam.

– Znajdziesz?

– Nie. Aczkolwiek taka dola Artysty. Szukać, szukać, ale nie móc znaleźć. Ciągle poprawiać. Ciągle nie być zadowolonym. Dzieło zawsze będzie krok za tą ostatnią granicą. Centymetr za końcem mojej świadomości. Skazany jestem na szukanie go przez wieki.
 — Jesteś Artystą. Czyż nie sprawia ci to radości?
 — Sprawia mi tyleż samo radości, co frustracji. Jest szczęściem i cierpieniem zarazem. Jednocześnie jest to dobre i złe.
 — Myślę, że sam jesteś swym Dziełem. Odnajdź siebie, odnajdziesz i Dzieło.
 — Ja nigdy siebie nie odnajdę. Mimo tego zawsze będę szukał. Jestem Artystą. Na tym to polega. Szukać tworząc, tworzyć szukając, ale nigdy do końca nie znaleźć.
 — Szukaj więc. Miło było cię spotkać, mam nadzieję, że kiedyś znajdziesz to, czego szukasz.
 — Jeśli znajdę, to będzie dla mnie koniec. Nie będzie mnie już więcej.
 — Taki koniec to dobry koniec, nie uważasz?
 — Tak. Taki koniec to koniec najlepszy.

Podróżnik poprawił plecak na plecach i ruszył dalej. Polubił Artystę. W pewnym sensie ten pozornie zagubiony człowiek był dla niego najbardziej autentycznym i najwięcej o życiu wiedzącym ze wszystkich, których na swej drodze spotkał.


Po wejściu w góry Podróżnik długi czas wędrował sam. Lubił chodzić sam, toteż taki stan rzeczy jak najbardziej mu odpowiadał. W pewnym momencie na swym szlaku natknął się jednak na kolejną osobę. „Kolekcjoner”, nazwał go w głowie.

Zdobywca był wyposażony w bardzo profesjonalny, niebywale drogi sprzęt. Ktoś niewprawiony mógłby spojrzeć na niego i pomyśleć:

O, ten niejedną już górę złaził.

Podróżnik jednak nieco znał się na rzeczy i widział, że tak naprawdę Kolekcjoner o górach nie ma pojęcia.
 — Wracam z najwyższego tu szczytu — pochwalił się.
 — Doprawdy? Nie wiedziałem, że stacja kolejki to najwyższy szczyt.
 — Czepiasz się pan. Co za różnica, byłem na górze, mam zdjęcie, nieważne, jak dotarłem, ważne, że ludzie zobaczą mnie na szczycie.
 — Widzisz, Kolekcjonerze, ktoś patrzący z boku mógłby nas do siebie porównać. Oboje staramy się w końcu coś pokonać, coś zdobyć, coś przezwyciężyć. Cechuje nas natomiast całkowicie odmienna motywacja. Mnie zależy na przezwyciężaniu siebie, na samej czynności robienia czegoś, na realnym przekraczaniu granic. Tobie zależy na celu i na tym, by wszyscy widzieli cię przy nim. Nie dbasz o to, jak go osiągniesz, jesteś ty, jest cel, nie ma nic pomiędzy. Kolekcjonujesz, nie zdobywasz. Starasz się wszystkim pokazać ze strony, którą budujesz kłamstwami i iluzjami. Malujesz szklaną ściankę własnego wizerunku w cegły, by sprawiała wrażenie solidnego muru, tak naprawdę jednak to wszystko utkane jest z fałszu. We wszystkim jesteś ekspertem, ale tak naprawdę nie znasz się na niczym. Chciałbym wierzyć w to, że kiedyś odpowiesz za życie w kłamstwach, jednakże tego pewien być nie mogę. Wiele przypadków wskazuje jednak na to, że koniec końców dostajemy to, na co zasługujemy, albo raczej dostajemy to, co sami sobie zbudowaliśmy. Jeśli budujesz fałsz, na samym końcu tylko fałsz dostaniesz. Wtedy zrozumiesz, na czym twe błędy polegały.

Podróżnik nie czuł pogardy wobec Kolekcjonera, czuł jednak pewną niechęć. Nie był rycerzem na białym koniu, a jedynie wędrownym pseudofilozofem, nie czuł do wszystkich miłości, nie chciał jednak żywić złych uczuć wobec innych. Kolekcjoner, mimo to, przepełniał go niesmakiem. Zostawił go więc, zaskoczonego bezpośredniością swojego rozmówcy, i poszedł dalej.


Podróżnik czuł, że jego droga nie potrwa już długo. Widział wiele. Spotkał wielu ludzi. U kresu, jednakże, czekała na niego ostatnia osoba. Wiedział, że nie spotka więcej już nikogo. Wiedział, że tam, na szczycie, kończy się jego droga. Nikt wcześniej nie wszedł na tę górę o własnych siłach, on jednak tego dokonał. W swej bluzie z kapturem, ze swoim plecakiem, w swych traperach i znoszonych spodniach. Bez żadnej liny. Wiedział, że śmierci tam nie spotka, więc nie było to problemem. Na samym szczycie, nieco powyżej stacji wyciągu, gdzie nikt z turystów nie docierał, stała mała chatka. W drzwiach chatki stała Nieznajoma.

Zobaczył ją i miał wrażenie, jakby znali się od zawsze. Jakby tak naprawdę nie widzieli się po raz pierwszy, a po prostu spotkali po latach.
 — Witaj, Podróżniku — powiedziała.
 — Witaj, Nieznajoma. — Teraz sobie przypominał. Kiedyś już ją widział. Jeszcze zanim ruszył w swą podróż, wpadł na nią gdzieś w metrze, nie zwrócił jednak na nią wtedy uwagi, burknął „przprszzzmm” i poszedł dalej, nie oglądając się. Próbowała go zatrzymać, ale jego już nie było. Widział ją potem z raz czy dwa z okna swego biurowca, gdzieś na ulicy, jednak dopiero teraz zdawał się ją rozpoznawać. — Widzieliśmy się już. Wtedy byłaś Nieznajomą. Czemu jednak teraz mam wrażenie, że jesteś Znajomą?
 — Gdy stajesz w końcu w obliczu nieznanego, przestaje ono być nieznane, a zaczyna być znane. Wtedy nie byłeś gotów, by mnie poznać. Dziś do tego dojrzałeś. Powiedz, czy znalazłeś to, po co ruszyłeś?
 — Och, miałem to cały czas przy sobie. Widzisz, ruszyłem dla podróży. Dla ryzyka. Dla nieznanego. Gdy się na to zdecydowałem, niemal od razu to zyskałem. Jakimś sposobem jednak czułem się niepełny. Natomiast teraz to minęło. Spotkałem różnych ludzi. Każdego z nich chciałem czegoś nauczyć; jedni, jak Kierowca, wyciągnęli z moich słów wnioski. Inni, jak Kolekcjoner, być może wyciągną je kiedyś, gdy popchnie ich do tego coś więcej. Spotkałem też Artystę, którego uczyć niczego nie musiałem, on też najbardziej przypadł mi do gustu. Przez te wszystkie lata nie byłem gotowy, by pójść za tobą, dziś jednak już jestem. Znalazłem w końcu siebie, znalazłem w ten sposób i ciebie. Moim życiem jest nieustanna droga, ciągła przygoda, cały czas nowe to ryzyka i wyzwania. Na tym świecie jednak nic z tego mnie już nie czeka. Czas ruszać znów w drogę, czas raz jeszcze podjąć ryzyko, czas po raz ostatni poczuć adrenalinę i szybszy puls krwi.
 — Chodźmy więc, Podróżniku.
 — Prowadź, Znajoma.

Wzięła go za rękę. Podeszli do skraju, spojrzeli w dół.

Uśmiechnęła się do niego, objęła go.

Ku przygodzie, pomyślał Podróżnik.


Czerń objęła ich oboje.
Like what you read? Give Szymon Piotrowski a round of applause.

From a quick cheer to a standing ovation, clap to show how much you enjoyed this story.