Dlaczego proces twórczy po sesji zdjęciowej w ogóle trwa?

Postprodukcja to poznawanie człowieka, wersja trudniejsza — bo jednostronna. To dialog z wymyślonym przyjacielem, którego cechy chcesz wydobyć i oświetlić emocją interpretacji. I tak samo jak w przypadku kontaktu cielesnego, ten przez szybę monitora może trwać tyle, co kieliszek wódki, by potem nie być pewnym jak właściwie to się stało i czy to była mądra decyzja. Może też trwać lata, jak obchodzące się z dystansu istoty dwóch światów — niepewne siebie nawzajem, za to pełne obawy by nie skrzywdzić i nie dać się skrzywdzić, żeby nie skłamać opowiadając. I to wszystko dwubiegunowo i szaleńczo, bo interpretacja rozmawia z pamięcią, w jednej głowie.

Wtedy coś ci przerywa, jednym powiadomieniem, jednym słowem, gestem, uśmiechem, albo chociaż tym, że sąsiad wstał z fotela. To nie jego wina, że spłoszył ducha inspiracji. Koncentracja zawiodła po parunastu godzinach.

Czekasz na okno w czasie, jak przy starcie rakiety nośnej promu kosmicznego, następny tranzyt może być za 3 dni lub tygodnie. A po drodze tylko burze. I patrzysz jednym okiem w okno swojej bazy surowych struktur, drugim patrzysz w okno na powietrze czekając na przejaśnienie.

Niespodziewanie (i prawie zawsze w nieodpowiednim momencie) zaczynasz czuć pewność, dostrzegasz pierwsze spojrzenie spośród morza negatywów na ekranie kalejdoskopu swojej cyfrowej ciemni, wiesz, że pierwszy kontakt został nawiązany, czas na drugie spotkanie, trzecie.

Chwila przerwy, musisz odpocząć od intensywności tych spojrzeń, to mogłoby być przecież niegrzeczne, tak gapić się z ukrycia i bezczelnie. Podobno czas w zdjęciu mija tak samo jak w rzeczywistości, tylko zatrzymany.

W pauzie może najść Cię nawet konkluzja, że dystrakcje uratowały Cię od rutyny, szarpnęły świadomością, przerwały jedne synapsy a na ich miejsce powstał nowy most światła elektrycznego w mózgu, masz nowa lupę, dostrzegasz, że grymas to uśmiech, zmartwienie które oglądasz staje się głęboką — pozornie tylko tobie dostrzegalną — emocją pełną historii i wdzięku.

Wreszcie znikasz. Koncentracja pokonuje biologiczne narzędzia wejścia-wyjścia, nie słyszysz już nic poza błogim szumem przeliczania zasad kompozycji. Malujesz nowe światło, zmieniasz kolor sytuacji o dwa punkty w lewo, na chwilę jesteś stwórcą, pewnym swojego człowieka, którego za chwilę oglądać będziesz z niechęcią przez pryzmat wątpliwości w swoją wyczerpaną magię.

Ten proces powtarzasz, do znudzenia wszystkich na około, do znudzenia samego siebie, kiedy dłuższe spędzanie czasu z obrazem sprawia Ci fizyczny ból lub po prostu nie wypada.

Przygoda poznania jest zakończona, wiesz już wszystko, co możesz odczytać z ludzkiej twarzy i zapisanego gestu.

Umierasz z zadowolenia, padasz ze zmęczenia. Wywołujesz jedno zdjęcie, praca skończona! — Otwierasz kolejną fotografię… — Postprodukcja to poznawanie człowieka, zwłaszcza tego w sobie. Miliony decyzyjnych piksli, które sprawią komuś radość lub rozczarowanie.

Tekst ilustrowany obrazami powstałymi w ramach projektu www.EpokiWarszawy.pl
#postprodukcja #emocje #człowiek

O autorze

Jacek Szycht — Fotograf, designer. Entuzjasta minimalizmu. Od 15 lat realizuje projekty edytorskie, artystyczne i komercyjne. Na co dzień zajmuje się pracą koncepcyjną i estetyką produktu.

Oficjalna strona: www.jacekszycht.com

One clap, two clap, three clap, forty?

By clapping more or less, you can signal to us which stories really stand out.