To To Pho: ekscytujący niedzielny brunch

Jeśli myśleliście, że wietnamska rewolucja kulinarna się wyprztykała to jesteście w błędzie! W warszawskich lokalach To To Pho nie tylko odświeżono wystrój, ale i menu. A wygląda na to, że będzie jeszcze lepiej, bo w ramach specjalnego niedzielnego brunchu zjedliśmy jedne z moich ulubionych wietnamskich specjałów — bez podszywania się pod autentyzm, po prostu domowa kuchnia.

Właścicielka Linh Nguyen wraz z mamą osobiście przygotowywały dla nas:

Przystawka I:
Nhộng rang lá chanh — larwy jedwabnika smażone z liśćmi limonki,

Przystawka II:
Sách bò xào rau răm — księga wołowa z liśćmi rau răm (wietnamskiej kolendry),

Danie główne:
Bún riêu cua — zupa z krabów słodkowodnych z tofu i pulpecikami z wieprzowiny,

Deser:
Sầu riêng — durian aka król owoców

Początkowo dobór tych potraw wydał mi się niespotykany, ale kiedy wgryzłam się w larwy jedwabnika wiedziałam już, że jestem w domu. Wietnamskim domu! Wszystkie pozycje menu mają potencjał budzenia dreszczy ekscytacji, ale dla mnie prawdziwą nowością była księga wołowa (m.in. z niej, czepca, trawieńca i żwacza przygotowuje się flaki, ale niewiele osób jeszcze o tym pamięta — zapominalskim przydać się może lista cięć wołowiny ze zdjęciami). Cieniutkie paseczki jasnego mięsa łaskoczą podniebienie i przyjemnie chrupią, a ich delikatny smak podkreśla dodana z umiarem aromatyczna wietnamska kolendra. W moim przypadku nie obyło się bez zamoczenia księgi wołowej w sosie rybnym z chili — to już uzależnienie 😉

Następnie pojawiły się pachnące limonką larwy jedwabnika, których największą amatorką jest Mała Pyza — zjadła sama prawie całą porcję. Ja jednak czekałam z utęsknieniem na zupę krabową — jest to bardzo pracochłonne danie, które przygotowuje się z żywych słodkowodnych skorupiaków. Jeszcze nigdy nie robiłam go w domu, ale na szczęście wietnamscy znajomi mnie rozpieszczają i miałam okazję jeść różne oblicza tego dania. Wersja Linh Nguyen jest delikatna, ma mniej pomidorów, ale na pocieszenie pływają w niej sprężyste wieprzowe pulpeciki. Należy koniecznie do niej dodać pastę ze sfermentowanych krewetek oraz zioła. Pyszna — tego mi było trzeba!

Na koniec jeszcze drobny deser w postaci kokosowego puddingu z tapioką oraz durianem. Na dowód, że owoc był świeży, a nie w formie mrożonego pulpuy pokazano nam świeżą łupinę. Intensywny zapach rozszedł się po całym lokalu przenosząc nas na parne ulice Hanoi.

Chodzą słuchy, że to dopiero początek niedzielnych brunchy w To To Pho — jestem strasznie ciekawa czy utrzymają jakość (i atrakcyjną cenę) pierwszego. Będziemy wpadać!

Like what you read? Give Wiktoria Górecka a round of applause.

From a quick cheer to a standing ovation, clap to show how much you enjoyed this story.