Dosyć

Zazwyczaj piszę, bo chcę. Czasem jednak piszę, bo muszę.

https://unsplash.com/@stephypariandemarzian

Ktoś może próbować robić z tego zarzut, ktoś inny może próbować bagatelizować powody mojego pisania, jeszcze następna osoba może moje teksty nazywać pobłażliwie “wypocinami” albo insynuować, że piszę “pod publiczkę”. I co? I nic.

Ten tekst będzie z tego drugiego gatunku. Kto wie, czy nie ostatni.

Nie wiem tego, bo nie znam “wszystkich”, ale mam wrażenie, że chyba każdy miewa czasem taki moment, gdy czuje (i może mówi do siebie, jak ja, choćby tylko w głowie): “dosyć”. Przyczyn zapewne tyle, ilu nas, ale skutek — prawdopodobnie — zawsze taki sam.

“Zawsze” (nieprawda, stąd cudzysłów) lubiłem łażenie z plecakiem “z dala” (w Polsce raczej nieosiągalne) od cywilizacji oraz innych ludzi. Zdecydowaną miłością pokochałem Bieszczady. I “powoli” zaczynam rozumieć, skąd brali się (czy biorą się nadal?) tacy, co to rzucali wszystko i decydowali się na żywot pustelnika.

Jak już dawałem do zrozumienia w Samotności, nie mam nic przeciwko byciu sam-na-sam ze swoimi myślami, ale preferuję samotność w towarzystwie osoby, która ma takie same — co do tego pojęcia — odczucia. Mimo tego, odczuwam czasami to stanowcze “dosyć”.

Ja znam siebie najlepiej, a to oznacza, że znam także swoje niedociągnięcia, wady własnego charakteru — to wszystko, co sprawia, że być może czasami słabe i nieciekawe ze mnie towarzystwo. Ale ja to ja — nie mam wyjścia i przytulam sam siebie, otwieram sam przed sobą swoje ramiona, wtulam głowę we własne włosy i śpię spokojnie sam ze sobą. Akceptuję siebie takim, jakim jestem. Zawsze i bezwarunkowo.

To wcale nie oznacza, że przucam zupełnie samodoskonalenie. Wręcz przeciwnie. Akceptacja jest tutaj pierwszym krokiem, bo tylko ona (poprzedzona, rzecz jasna, poznaniem — ale to proces, który odbywa się w nas bez przerwy) jest w stanie przewartościować i przenicować te wszystkie negatywne cechy, których zmiana / poprawa jest samodoskonalenia celem. Dopiero wtedy można spróbować zacząć nad nimi pracować — gdy już ich moc zostaje zabrana, gdy już nie wiszą, jak szabla, nad głową i nie grożą spuszczeniem tego ostrza na szyję.

Absolutna magia bycia sam-na-sam ze sobą polega właśnie na tym, że o tę akceptację, o te otwarte ramiona, o to pierwotne i całkowicie podstawowe założenie dobrej woli — że o to wszystko nie trzeba z samym sobą walczyć. To się sobie samemu po prostu daje, zapewnia zupełnie za darmo, nie oczekując niczego w zamian. Tak musi być, bo przecież inaczej “dosyć” zostałoby rozciągnięte również na własne istnienie i — w konsekwencji — to istnienie zakończyło. Ta klinga musi stracić swoją ostrość, a być może nawet zaniknąć zupełnie. Bez tego nie ma mowy o akceptacji; bez tego nie ma drogi “do przodu”.

Życie w społeczeństwie — jako jednostka — w siecie współzależnych grup społecznych, mikrogrup, klik; odgrywanie ról i gromadzenie w sobie coraz to szerszej wiązki tychże, jest wyczerpujące. Nawet, jeśli w tym graniu nie ma takiego zupełnie “teatralnego” grania, a jedynie czysta socjologia, to wciąż — gdzieś z tyłu głowy to cały czas jest i ten nasz “mentalny procesor” obciąża. A wiadomo, że “przeciążony system” nie zachowuje się stabilnie.

Gdy jeszcze dochodzi do tego konieczność ciągłej walki o akceptację, dowodzenia swoich nienegatywnych intencji, udowadniania swojej wartości w celu niestracenia czegoś, na czym (wydaje się nam, że) nam zależy, to pojawia się właśnie to twarde, jednoznaczne, pochłaniające całą uwagę i domagające się realizacji “dosyć”.

Brzmi jak egoizm? Być może w gruncie rzeczy jest to podejście egoistyczne; spełnienie (albo przynajmniej zbliżenie się do) tego największego pragnienia bezwarunkowej akceptacji staje się tutaj jednym celem, tym spośród dążeń, które ma sens. Z tą różnicą, że na co dzień myślimy sobie (ponownie: nie wiem tego, jedynie spekuluję na temat “wszyscy”, czy też “my”), że potrzebujemy tej akceptacji z zewnątrz: od innych, od bliskich, znajomych, szefa, sąsiadów, fanów itp. Podczas, gdy zupełnie wystarczająca i tak samo spełniająca może być akceptacja ze strony samego siebie.

Czy może zatem być tu mowa o egoizmie, jeśli stajemy się jedyną osobą na świecie. Wszak świat staje się nasz, nikogo innego w nim już nie ma, bo nikogo innego nie potrzeba. Świat jest dla nas a my dla świata. Toż to przecież altruizm.

Podobno, gdy już nauczymy się być szczęśliwi sami ze sobą, możemy być szczęśliwi w każdych okolicznościach. Być może. Przyjmowanie bezwarunkowo wszystkiego, co daje nam świat (i, za jego pośrednictwem, inni) jest filozofią całkiem mi bliską. Jednakże bardzo trudno o osiągnięcie takiego stanu; trudna to droga życia, a to, co w niej najbardziej znaczące — i jednocześnie najcięższe — to konieczność wyzbycia się własnego ego.

Zdawać by się mogło, że powiedzenie “dosyć” i odcięcie się od innych daje szansę zachowania siebie, swojego ego. Ale przecież ego nie może istnieć w pustce, ono jest definiowane przez stosunek innych oraz stosunek do innych. Chyba nie bez powodu (teraz do mnie to dotarło, w momencie pisania; to jest świetne uczucie i kolejny z powodów, dla których zużywam klawiaturę) mnisi wybierają się na medytacje do miejsc odosobnienia.

“Dosyć” może zdawać się być radykalną drogą wymagającą wielu wyrzeczeń, ale mam wrażenie, że efekty podjęcia tej próby mają prawo być bardzo pozytywne.

Być sobą dla siebie i polegać tylko na sobie. Marzenie.

Akceptujmy zatem sami siebie; wtedy nie będziemy musieli wymagać tego od nikogo innego.