Jedyny

Tożsamości. Kim jestem? Co tu robię? Dlaczego i po co być?

https://unsplash.com/@scottwebb

Jest późny wieczór albo może wczesna noc. Siedzę w tramwaju, wracając do domu. “Helmuta” — twierdzi elektroniczny wyświetlacz informujący o tym, jakie osoby mają w danym dniu imieniny. “Kto w Polsce nadaje dzieciom takie imię?” —trochę zmęczony a trochę zrezygnowany myślę sobie.

Wracam do domu, ale uświadamiam sobie, że już sporo lat temu zauważyłem, jak bardzo abstrakcyjne i plastyczne jest to pojęcie. Właściwie, to dokładnie pamiętam te okoliczności.


Wraz z grupą znajomych idziemy po górskiej drodze w stronę gospodarstwa agroturystycznego, w którym zdecydowaliśmy się zatrzymać; właśnie zrobiliśmy zakupy w dosyć oddalonym sklepie, aby mieć czym urozmaicać sobie wieczór, który zamierzamy spędzić na partii Dungeons & Dragons. Będzie to nasz drugi nocleg w tym obiekcie. Dzień był dla nas męczący, ponieważ brnęliśmy w śniegu po zasypanym szlaku turystycznym przez kilka godzin. Czujemy zatem, że wracamy do bezpiecznej przystani. Ktoś rzuca niezobowiązująco i zupełnie luźno, że fajnie, że wracamy już do domu. “Do domu.” “Domu” — kołacze mi w głowie, odbijając się od kontekstu, w którym się wraz ze mną znalazło. Przetwarzam w ciszy, jak to zwykle robię. Po wejściu do pokoju mówię do pozostałych członków ekipy: “Popatrzcie, jakiej ciekawej redefinicji uległo dla nas słowo «dom»”. Nikt nie zwraca na moje słowa większej uwagi.


Kilka(naście?) lat później, w transporcie publicznym zastanawiam się nad oryginalnym imieniem.

Takie imię takiego dnia, inne — innego. Ten sam środek przemieszczania się, ta sama trasa. W tę i z powrotem. O tej godzinie a czasami o tamtej. Dookoła ludzie, widoki, zapachy, dźwięki. Obrazy przed oczami i te w głowie. W tę i z powrotem.

O co chodzi?


Ja. Mnie także dotyczy ta plastyczność, ja także jestem tworem abstrakcyjnym i przybierającym różne oblicza w różnych okolicznościach. Odnajduję się pomiędzy tymi wszystkimi twarzami, wśród tego tłumu tratującego myśli w mojej głowie. Istnieję w rzeczywistości kwantowej, jestem superpozycją wszystkich wariantów siebie, wszystkich domów, które kiedykolwiek nazwałem takim określeniem; do nich zmierzam, w nich szukam ukojenia i dzięki nim odnajduję siebie.


Siedzę w tramwaju a wraz ze mną siedzi tam bezsens. Miastowość, pustość. Przepędzam czas, aby wraz z nim odegnać czarne myśli. Ostatnią rzeczą, której chcę, jest myślenie w środku transportu publicznego o tym, że moje życie to przecież coś więcej. Czytam książki, spoglądam na wyświetlacze, na których królują Helmutowie, słucham muzyki odcinając się od mojej trasy, ale bardziej od swojej własnej głowy. Tonę; czasami w myślach niepożądanych, innymi razy w błogiej ciszy. Dalej, dalej, do końcowego przystanku, do azylu, do domu.


Spękana prażącym słońcem ziemia, czerwona jak spalona skóra. Gdzieś tam w oddali ledwo dostrzegalny kształt. To pantera śnieżna; podobno bardzo trudno o spotkanie z nią i wielkim szczęściem jest, gdy uda się ją zauważyć w okularach lornetki. Jestem w dzikim parku narodowym, w jeepie z kilkoma osobami, pośród dziesiątek innych samochodów. Zwierzę biegnie, pozornie nie zwracając na nas uwagi. Ale jasne jest, że stara się ono unikać kontaktu i pragnie jedynie spokoju. Miota się w niewidzialnej klatce spętane równie niewidzialnymi łańcuchami.


Otaczają mnie ludzie. Chodzą po chodnikach, siedzą na ławkach, tłoczą się w autobusach. Są wszędzie. Mogę poruszać się między nimi, mogę szukać spłachetka spękanej ziemi osłoniętego przed ich wzrokiem, ale prędzej czy później natknę się na nich bądź to oni mnie wytropią. Fotel w tramwaju to moja klatka, interakcje symboliczne to niewidzialne łańcuchy. Helmut pilnuje mnie, niczym Wielki Brat; spogląda z elektronicznego wyświetlacza i projektuje bezsens na moje schematyczne życie w miejskiej dżungli.

Jakiś czas później leżę już w łóżku; tak samo, jak oni. Ich palce wskazujące wyciągają się w moją stronę; słyszę ich chóralny głos, jak amalgamat, krzyczący, wdzierający się do czaszki, nakazujący mi bycie sobą. Ja. Jedyny i niepowtarzalny. Taki właśnie mam być, taki być muszę. Tak samo, jak oni.


Kłębią się we mnie te paradoksy. Dostrzegam zbyt wiele; zdecydowanie więcej, niż bym chciał. A jednak najistotniejsze obrazy zdają się być przede mną ukryte, zaszyfrowane, niedostępne. Prostota czasami jest zbyt oczywista i to jest dla niej najlepszy kamuflaż; nie da się spodziewać się niespodziewanego. A skoro tak, to chyba lepiej niczego się nie spodziewać; oczekiwania odrzucić w kąt.


Nie chcę być i wiem, że nie jestem niepowtarzalny. Taśmowy wyrób, forma czekająca na napełnienie treścią. Tak, jak dom zmienia się w zależności od okoliczności, tak i ja jest płynne i poddające się wpływom z zewnątrz.

“Bądź sobą!” — krzyczą, wpatrując się w te same elektroniczne wyświetlacze, zajmując te same fotele w tych samych tramwajach jadących po tych samych trasach w tym samym mieście, powtarzalny dzień za powtarzalnym dniem. Samurajskie kitki, drwalskie brody, kolczyki w nosach, spodnie z dziurami, minispódniczki i tatuaże. “Bądź sobą!” — krzyczą, a każdy z nich unikalny, jedyny, nie do podrobienia.


Jadę nadbrzeżną drogą, lawiruję wśród przechodniów. Nagle pies wbiega pod koło. Ostro po hamulcach. W ćwierć sekundy orientuję się, że tylny to za mało, że przepołowię to zwierzę, jeśli nie zacisnę przedniego. Wiem, jak to się skończy dla mnie i kończy się właśnie tak — koziołkuję przez kierownicę. Pies cały. Ludzie podchodzą z troską. Wstaję, otrzepuję się, mówię, że wszystko w porządku. Lewe kolano i prawy nadgarstek bolą, kilka zadrapań. Kierownica lekko przekrzywiona. Poprawiam wszystko, co trzeba, wskakuję na siodełko i jadę dalej. Plan zrealizować trzeba.


Łóżko — w nim jesteśmy najbardziej wrażliwi; najprościej nas dotknąć. Newralgiczne momenty — przed zaśnięciem patrzymy się w sufit, po przebudzeniu się kierujemy wzrok w okna. Leżę obok niej a na myśl przychodzą mi słowa — niewypowiedziane, niewypowiadalne. Coś się kończy. Czy coś się zaczyna? Nie wiem. Wiem za to, że nie jestem niepowtarzalny. Nie byłem i nie będę. Powiększam przerób, a może raczej przemiał. Powtarzalność — ten moment. Kolejny; taki, jak inni — to ja.


Spacerując po parkach z psami i grillując w ogródkach karkówkę starają się mi wmówić, że jedynym właściwym sposobem na bycie sobą jest bycie wyjątkowym. Ale ja wyjątkowym nie jestem; wręcz przeciwnie — ja jestem przeciętny, zwyczajny, nudny i łatwy do pomylenia z kimś innym; mam zwyczajne imię, przeciętną posturę, nie wstrząsam ubiorem, ranię wzrok patrzących na mnie swoim krzywym nosem, często stoję na uboczu a czasami coś mi strzela do głowy i swoimi wygłupami robię z siebie durnia stawiającego siebie w samym centrum uwagi. Dokładnie tak samo, jak mnóstwo innych ludzi. Ten sam tramwaj, ta sama trasa, te same widoki za oknem, ta sama muzyka w słuchawkach.

A oni nadal: “Bądź sobą!” Mam się wyróżniać. Jeśli cokolwiek we mnie jest takie samo, jak w kimś innym, to koniecznie powinienem to zmienić. Bo przecież mam być sobą, a nie kimś innym. Tworzyć siebie. I to najlepiej kreatywnie. Potraktować siebie, jak kawałek plasteliny, ulepić siebie na nowo, być ludzkim patchworkiem. Wyróżnić się, wyróżnić się, wyróżnić się!


Siedzę w tramwaju. Jest późny wieczór, wracam do domu. Ta sama linia, to samo miejsce. Ale jest we mnie jakiś spokój. Byłem dziś sobą. Bo ja to właśnie taki ktoś, kogo można pomylić z wieloma innymi, z mnóstwem podobnych; bo ja nie robię w sobie niczego na siłę.

Taki jestem. A wy sobie “bądźcie sobą”.