Koza, która pachniała śniegiem

to miasto potrafi być nieznośne
kiedy gaśnie zbyt wcześnie
pierdolę to miasto o piątej nad ranem
ale wkurwia jeszcze bardziej kiedy parę godzin
później okazuje się jak mnie wydymało
wysysając wszystko w zamian nie dając
zupełnie nic
ale czy iluzja jest tego warta

no to jak
jest czy nie jest

w mgnieniu oka nadbiega 
sobotni poranek i taszczy na plecach
wór refleksji pytań i sprzecznych odpowiedzi
mówiąc wybierz coś dla siebie
ale to minie rano czyli wieczorem
jest koniec października powietrze zwiastuje zimę
i nie jest to metafora jak w tytule
rozgrzewa mała zapałka nadziei
że kiedy wrócę ty gdzieś tam będziesz
kimkolwiek miałabyś być
kurtyna idzie w górę w ułamku sekundy
jeszcze przed otwarciem
coś za coś tak było jest i będzie
kto nie spróbuje nie dowie się
jak ciężkie może być lekkie życie

na braku gumy zwykle cierpią usta
choćby miałaby to być guma do żucia
nie wyglądają na zadowolone
najgorętsze usta lewej strony warszawy
ciągnę je za sobą pełne niespełnienia
(if you’re so funny,
why you’re on your own tonight?
)
chodnikami zupełnie osobny
ze zbiorem jacka w jednej ręce
z butelką wody w drugiej ręce
a potem siedzę i gardzę 
z papierosem w ustach z brakiem motywacji
by sięgnąć po ogień
pisać tego wiersza też nie mam motywacji
ale gdy już się pojawi znikną słowa

ostatnie szczury
są najbardziej tłuste

One clap, two clap, three clap, forty?

By clapping more or less, you can signal to us which stories really stand out.